Dała radę. Dała radę jak cholera. Moje maleństwo, moja kochana drobniusieńka kruszynka Mel. Wydałam zołzę za mąż. Od samego rana było bosko. Lało jak z cebra podczas gdy z fotela u fryzjera i kosmetyczki zaklinałyśmy we trzy te jebaną pogodę. Niech tylko nie pada, niech nie pada… W sumie to było do przewidzenia, wiadomo, że jak Ona ma coś robić to na sto dziesięć procent, więc oberwanie chmury musiało być. Wypięknione udałyśmy się do domów.
Koło 14 sms. Lekki stresik. Spinam się i telepatycznie wysyłam Jej całą energię kosmosu, wyklepuję parę słów od serca i trzymam kciuki. Odpowiedź jaką otrzymuję sprawia, że mam mokre oczy. Nagle trzask prask i już jesteśmy pod kościołem. Wkurwiona Panna Młoda to nic dobrego, przeganiam poprzedni ślub, już powinniśmy wchodzić, wdech wydech, uspokój się, skup się na tym co ważne. I wreszcie, grzmiące organy a Ona z Tatą płynie po dywanie do ołtarza…. Mokre oczy, nie rycz idiotko, masz zakaz od Panny Młodej, a to bardziej wiążące niż prawo karne, cywilne i Konstytucja. Mija chwila i wszelkie zakazy zdają się na nic, ryczę jak bóbr, gdy "biorę sobie Ciebie i ślubuję Ci", rynna jak cholera, moja Mel, moja Mężatka.
I już. Trzask prask, wychodzimy, przyjaciele i znajomi nie pozwalają im dojść do schodów, zasypują kwiatami, prezentami, życzeniami, miałam ryż nawet w staniku powie później w zaciszu swojego pokoju moja Mężata Mel. Życzenia, życzenia, życzenia, toast, tylko, żebyś nie oberwał kieliszkiem. Szampanówki tłuką się w drzazgi, będą mieli dużo szczęścia, nigdy nie widziałam jej tak pięknej i tak promiennej. Jemy pyszny obiad, wreszcie chwila na oddech tak naprawdę, możemy się bawić. Pierwszy piękny walc, znów mam łzy w oczach, przez głowę przelatuje mi tylko myśl, że dobrze, że mam zabetonowany makijaż.
Tańczymy całą noc, szalejemy, jesteśmy młodzi, tak zwana młodsza młodzież. wszystko nam wolno na tym parkiecie. Trzask prask i już jest prawie trzecia.
Trzask prask.
I tylko tak dalej.
Trzask prask