Tramwaj jedzie. Chodź – chwytam cię za rękę i ciągnę za sobą. Wbiegamy do prawie pustego wagonu. Patrzę do tyłu, a drugi wagon jest pusty. wyciągam cię i wbiegamy do niego. Tramwaj rusza. Za oknem migają nam kamienice krakowskie/warszawskie* (niepotrzebne skreślić). Zakręty. Długie proste. A my w tramwaju. Otwarte okna, przez które wdziera się gorące powietrze podwiewając twoją kieckę, którą założyłaś dla mnie. Stajesz naprzeciw mnie i zaczynasz całować… i tak sobie jedziemy. Całując. Zatrzymujemy się przy muzeum narodowym. Wchodzimy i oglądamy najnudniejsze z wystaw w całym mieście. Wychodzimy znudzeni, prawie śpiąc. Siadamy nad Wisłą, patrząc na leniwie poruszającą się brunatną ciecz. Syf. Królowa polskich brudów. Zamoczylibyśmy nogi, ale trzebaby kupić mydło i ręcznik, żeby się pozbyć osadu. Poszlibyśmy na rynek, ale jesteśmy bez grosza… i kloszardów wyrzucają z każdej knajpy. Nie da się zjeść w centrum za zmywanie naczyń. Idziemy więc na obrzeża. Przechodzimy obok taniego kebabu. Proszę sprzedawcę o kawałek jedzenia – przegania mnie miotłą. Kopniakiem wywracam mu kosz na śmieci pełen odpadków. Wysypują się w okolice przystaku. Zniesmaczeni ludzie przechodzą na drugi koniec. Wybiega sprzedawca, wiec chwytam cię za rękę i uciekamy. Gubimy go na światłach – zmachani i roześmiani przechodzimy przez nie jak dzieci – podskakując i machając rękami. Przy drugim kebabie biorę sprawy w swoje ręce, a w zasadzie dłonie. Podchodzę do paniusi, która właśnie kupiła sobie maksa, patrzę na nią… i bezpretensjonalnie wkładam jej palec… w środek jedzenia… Zniesmaczona patrzy na moje porwane ubranie, brudne palce i brązowiejące zęby. Przez chwilę myślę że moj uśmiech ją rozbawi, ale niestety… wybucha złością i wywala jedzenie do kosza. Wyciągam je bez zastanowienia – jest prawie nienaruszone, może ze dwa gryzy zdołała nam ukraść. Biegnę do ciebie – mamy już posiłek. Możemy zaspokoić nasze żołądki i napawać się odrobiną taniego szczęścia.
Możemy wypłukać nasze stopy i wyprać skarpetki w najbliższej fontannie. Przegoniliśmy stado gimnazjalistek, których białe wykrochmalone kołnierzyki gryzły się z naszymi czarnymi ubraniami, farbującymi wodę na kolor brunatny.
- Kocham cię – mówisz.
- Ja ciebie też – odpowiadam niewyraźnie. Wciąż bolą mnie dziąsła po wczorajszej bójce z Frankiem o niedopałek Marlboro.
- Gdzie będziemy dziś spać? – kontynuujesz dialog filozoficznie.
- Tam gdzie wczoraj – przedłużyłem nam rezerwację. Hotel parkowy zawsze będzie dla nas. Ale dziś, dziś znajdę Ci karton z odrobioną steropianu. Będziesz spała jak królewna.
Bo królewna jest tylko jedna.
Ty nią jesteś.
(koniec) – oklaskom nie było końca.
Autor: Promienny.