Czasem bywa bardzo źle, żeby mogło być dobrze. Ciągnę do ludzi, albo do chociaż jednego człowieka. Wszystkie te ohydy muszę przemiędlić, przemamlać. Czasem nawet nie na głos, mamlam w sobie, ale i tak potrzebuję świadomości, że ktoś ze mną wtedy jest. Nie do rozmawiania, właściwie do niczego konkretnego, ot do bycia. Nawet w drugim pokoju, albo gdzieś tam. Uczę się powoli, że można inaczej. Że niektórzy nie mamlą. Że wolą sami. Uczę się. Nie zmuszam, nie ciągnę za język, nie wywlekam na rozmowy, kawy, wiem że wiedzą, że. Nie odzywam się, nie narzucam. Owszem obgryzam w niepokoju paznokcie, ale to już tylko mój problem. Tego też się nauczę. Wczoraj na próbie zdałam sobie sprawę, że z życiem, jak z muzyką. Jak się za bardzo komplikuje to wychodzi jeden chaos. Im prościej tym lepiej. Jasne, że ozdobniki się przydają. A to jakiś fajny riff, a to solówka, a to przejście po garach. Ale trzeba wiedzieć ile i gdzie to wetknąć.
Ciężka praca nad głosem procentuje. Śpiewam utwór, którego nienawidziłam na początku. Nienawidziłam, bo a to się udusiłam w zwrotce, a to dziki fałsz na refrenie, a to za wysoko, za nisko, nie wyrabiam, kurwa nic z tego nie będzie, mam już dość tej gry. Chłopaki kombinowały co i jak i kurwa nie mam pomysłu. Kurwa to słowo zdecydowanie najczęściej padające na próbach. Aż w końcu tak. Wyszło. Jest aranżacja. Żre. No to śpiewaj. No to zaśpiewałam. Koszmarnie, źle, fałszem, paskudnie, o mało się nie poryczałam. Kolejny wieczór, dom, głośniki, sąsiedzi na pewno mnie nienawidzą, za to ciągłe darcie gęby. Piłowałam do znudzenia ten jeden utwór. Aż wypiłowałam. Cały czwartek miałam supeł w żołącku. Borze, co z tego wyjdzie, uda się czy się nie uda. Stanęłam przy mikrofonie i zaśpiewałam. Tak jak chciałam. Nagle się okazało, że mogę wydobyć z siebie w tym znienawidzonym kawałku głos, o takiej barwie, która mi się podoba. Umiem. Mogę. Kwestia czasu. I pracy. W muzyce jak w życiu.
Ja już znam swoje miejce.