ruda-blondynka

Twój nowy blog

Wpisy z tagiem: strumien-swiadomosci

Nowa gra

Brak komentarzy
Czasem bywa bardzo źle, żeby mogło być dobrze. Ciągnę do ludzi, albo do chociaż jednego człowieka. Wszystkie te ohydy muszę przemiędlić, przemamlać. Czasem nawet nie na głos, mamlam w sobie, ale i tak potrzebuję świadomości, że ktoś ze mną wtedy jest. Nie do rozmawiania, właściwie do niczego konkretnego, ot do bycia. Nawet w drugim pokoju, albo gdzieś tam. Uczę się powoli, że można inaczej. Że niektórzy nie mamlą. Że wolą sami. Uczę się. Nie zmuszam, nie ciągnę za język, nie wywlekam na rozmowy, kawy, wiem że wiedzą, że. Nie odzywam się, nie narzucam. Owszem obgryzam w niepokoju paznokcie, ale to już tylko mój problem. Tego też się nauczę. Wczoraj na próbie zdałam sobie sprawę, że z życiem, jak z muzyką. Jak się za bardzo komplikuje to wychodzi jeden chaos. Im prościej tym lepiej. Jasne, że ozdobniki się przydają. A to jakiś fajny riff, a to solówka, a to przejście po garach. Ale trzeba wiedzieć ile i gdzie to wetknąć. 
Ciężka praca nad głosem procentuje. Śpiewam utwór, którego nienawidziłam na początku. Nienawidziłam, bo a to się udusiłam w zwrotce, a to dziki fałsz na refrenie, a to za wysoko, za nisko, nie wyrabiam, kurwa nic z tego nie będzie, mam już dość tej gry. Chłopaki kombinowały co i jak i kurwa nie mam pomysłu. Kurwa to słowo zdecydowanie najczęściej padające na próbach. Aż w końcu tak. Wyszło. Jest aranżacja. Żre. No to śpiewaj. No to zaśpiewałam. Koszmarnie, źle, fałszem, paskudnie, o mało się nie poryczałam. Kolejny wieczór, dom, głośniki, sąsiedzi na pewno mnie nienawidzą, za to ciągłe darcie gęby. Piłowałam do znudzenia ten jeden utwór. Aż wypiłowałam. Cały czwartek miałam supeł w żołącku. Borze, co z tego wyjdzie, uda się czy się nie uda. Stanęłam przy mikrofonie i zaśpiewałam. Tak jak chciałam. Nagle się okazało, że mogę wydobyć z siebie w tym znienawidzonym kawałku głos, o takiej barwie, która mi się podoba. Umiem. Mogę. Kwestia czasu. I pracy. W muzyce jak w życiu. 
Ja już znam swoje miejce.
Zostałam już oficjalnie drugą częścią mojej wieloletniej blogowej nazwy. Blondynką znaczy. Sprawca określa moje włosy jako maczane w jajach i na końcówkach ma rację (spróbujcie se wyprać rudy pigment, mhm) ale generalnie na reszcie jestem popielatą elfią blondynką. Nagle okazało się, że mam całkiem dziewczęcą urodę, nie wyglądam na swoje lata i w ogóle mniodzio. No ciekawam, czy będzie mi lepiej w życiu, podobno blondynkom lepiej…
Oraz nastał dzień, w którym powróciłam do aktywności fizycznej. Niestety jeszcze nie do biegania. Na początek coś mniej obciążającego. Pływanie znaczy. Półtora kilometra przemachane od rana nastroiło mnie na cały dzień tak, że żaden stres, żaden upierdliwy klient, żaden pożar w burdelu, żadne kryzysy, NIC mnie nie ruszy. Chodzę z wielkim uśmiechem na gębie, suszę zęby, jestem miła i wspaniałomyślna. Szefowie postanowili przedyskutować pomysł dofinansowania mi codziennego basenu jeśli TAK ma działać. To by oznaczało, że jednak jestem wredną cholerą na co dzień.
Znowu spadają ze mnie spodnie, programiści wysyłają mi piosenki o łopatach. A ona piosenka kojarzy mi się jakoś, chyba linią melodyczną, z inną taką.  Tydzień robi mi się coraz ciaśniejszy, dwa razy pływalnia, dwie próby, pewnie jeszcze lekcja śpiewu do tego dojdzie, a później jeszcze treningi biegowe. Znów sprawdza się to, że mam najwięcej czasu wtedy kiedy mam go najmniej. 
Za trochę ponad tydzień jedziemy całą bandą pod wezwaniem w Tatry (Arek powiedział, że pospacerować, więc pewnie będziemy się czołgać po jaskiniach i łazić po 14 godzin po czarnych szlakach), później rodzinna biba, później Berlin, później będzie już listopad, czasie nie zapierdalaj tak. Znów muszę szybciej spać. Dobrze, że czasem mogę wolno poleżeć w łóżku z książką, alebo potulić się do kota albo i nie do kota, pójść na spacer sama ze sobą, albo pół dnia spędzić przy garach.
Jestem szczęśliwa, mówiłam Wam?
Czekajcie, herbatę najpierw zrobię.
Dobra. Słuchajcie kobity, radzę Wam dobrze – nie chudnijcie! Taż to kasy tyle cza wywalić, jak już się posiędzie chudą dupę, że aż jestem przerażona. Chudnę chudnę i co? I kurna lecom mie portki z zadu. No to nowe, nie? Sto złotych polskich. Albo o. Jak już się ma ten zad chudy i giczały jakieś takie wyjściowe bardziej to się chce nowych kiecek, nie? Gdzie tu panie sprawiedliwość? Czterdzieści centymwtrów materiału na spódnicę zużyli, a osiemdziesiąt złotych polskich, albo lepiej?! Bluzka z dekoltem do pępka, z gołymi plecami – prawie jej nie ma a kasują jak za zasłonę. Naprawdę, bezkształtne namioty są tańsze! Paczcie, chudniesz człowieku, katujesz się, ledwie łazisz z głodu, mózg ci odejmuje, to jeszcze mało i płać człowieku, płać! Powiadam Wam kobiety, nie chudnijcie* – to tylko kosztuje! 
* Tak naprawdę przesłanie mam to samo, co poprzednio, ale nikt nie musi o tym wiedzieć, nei?
Drodzy Czytelnicy, w liczbie zapewne sztuk dziewięciu, informuję Was uprzejnie, że przez najbliższe dwa miesiące będę Was męczyć tekstami o tym jak mi dobrze z odchudzoną dupą i co w związku z tym, ponieważ spostrzeżeń mam wiele. 
Dziś będzie o tym, jak mi się porąbało we łbie w związku z odtłuszczeniem zadu. Zawsze wiedziałam, że ciąża podobno mózg zabiera i od Dukana się umiera i dostaje raka, a od masturbacji ślepnie. Bo to wszyscy wiedzą, nei? No. Ale, że jak mi dupa wychudnie, to mi urwie od mózgu – o tym mnie nikt nie uprzedził. Żeby ustrzec kolejne pokolenia hipopotamów od tego losu* postanowiłam o tym opowiedzieć głośno.
Młoda dupa ze mnie w sumie nadal, ale jakoś hipopotamem będąc niespecjalnie się przejmowałam oblekającą mnie powłoką znaną szerszemu gronu jako skóra. Wiadomo, na plaży, filtr trzydziecha, na ryju mejkap i właściwie tyle. Normalnie nie? Aż mi dupa wychudła. 
Nagle się okazuje,  że te osiem balsamów do ciała, co jej mam, to może jednak zużyję. Bo mi się zachciało. Nie, żebym po odtłuszczeniu obwisła i zmarszczała, nie nie, w końcu młoda dupa ze mnie, ale jakoś tak… chce mi się. Normalnie, na własne życzenie chce mi się spędzać w łazience po każdym prysznicu czy leżeniu w wannie dodatkowe sześć minut i poświęcić je na wklepanie w giczały zad i okoliczności balsamu. 
O zgrozo, nawet z kremem do rąk się przeprosiłam! Bo nagle mi się chce. Nie wiem, może ten mój mózg pozbawiony tłuszczu nagle doszedł do wniosku, że trza powłokę oblekającą dopieścić, żeby już więcej hipopotama nie urywała, bo czym się biedaczek żywił będzie jak tu sama skóra i kości? No nie wiem nie wiem.. Rozważam terapię w tym kierunku. 
Druga sprawa. Dzień dobry, mam na imię Ruda Blondynka i jestem psem Pawłowa. Odruch warunkowy klasyczny na widok lustra – zagapić się, wyprodukować na gębie uśmiech między uszami, ruszyc dalej w takim stanie. Mało tego! Nic to lustra! Odruch warunkowy klasyczy działa dokładnie tak samo w wypadku witryn, szyb samochodowcyh i wszelkiego rodzaju powierzchni, które odbijają oblicze. Nosz kurwa, po ulicy w spokoju przejść nie mogę, bo tu witryna, tam lusterko, tu autko, to sro owo. Jak kiedyś zobaczycie dziewczę stojące z wielkim uśmiechem na ryju na przykład przed wystawą rzeźnika,  zagadujcie śmiało, to na pewno ja.
Naprawdę nie wiem, czy to całe laszczenie się na mnie nie zemści….
*Tak naprawdę, to jestem wredną cyniczną suczą, która nie chce, żeby jej powstała konkurencja, tak.

Wot żywot

1 komentarz

Niosąc z pralki na dół na suszarkę naręcze szmatek gubię majtki, które znajduję pół godziny później idąc na górę. Na górze uświadamiam sobie, że właściwie zapomniałam zabrać z dołu tej rolki papieru toaletowego, którą miałam przynieść. Za to wynoszę z łazienki śmieci. Walają się wszędzie opakowania po soczewkach, i jeszcze kubek po kawie z piątku. Chyba powinnam posprzątać dom, ale nic to. Poodkurzam może rano. Znów świruje mi zmywarka, popsułam galaretkę na sernik na zimno, który wzorowo tężeje w lodówce, za to kupiłam wołowinę. Nagle stałam się zmotoryzowana i cieszę się jak dziecko z zielonego szoguna, którego dostałam pod opiekę. "Tylko dużo z nim rozmawiaj i głaszcz, żeby nie tęsknił", rzekł K. wyjeżdżając na sześć tygodni w delegację. No to na dzień dobry nakarmiłam i w dodatku trzymam w garażu, żeby nie zmókł i nie zmarzł (bo przecież mamy lato, więc czternaście stopni i leje). A jutro do pracy muszę pojechać z wiertarką. Poszukując gumki do włosów wykopałam w pudełku różowy błyszczyk, który nabylam brunetką będąc. I nie zawaham się go użyć będąc rudą, co mi tam. Ciągle mam dylematy, czy dziś sukienka czy spodnie, ale jak czternaście stopni i leje, to generalnie w kieckach mnie podwiewa. Kot mi nie urósł i nie zmądrzał i nadal nie lubię odkurzać. Często fruwam w marcepanach i jest mi dobrze. I mogłabym tak pisać i pisać i pisać. 
Nie mogę pisać. Niemożność ta mnie wypełnia, więc nie ma we mnie miejsca na tematy, spostrzeżenia, obserwacje, wnioski oraz. Nie mogę pisać. Kiedyś plątały się po mnie jakieś słowa, a ja łapałam te niesforne byty i ustawiałam w karnym rządku. Czasamio któreś gdzieś polazło, bo kumpel stał dwa zdania dalej, a to akurat miało chęć na fajkę w towarzystwie. Czasem jakieś gubiły się zupełnie, bo były nieśmiałością, niepewnością, strachem. Chowały się za kolegami bardziej zdolnymi do mierzenia się ze światem. Albo chociaż za jakąś kurwą.
A teraz Niemożność. Można Niemożność rządząca twardą ręką. Pouciekały nędzne i ubogie słowa opowiadające prozę życia, opowiadające  o dobrzebyciu i zmianachnalepsze. Uciekły i z klawiatury i spod pióra te wszystkie zachwycochy, achjakcudowności i chcęwięcejnowie. Całymi rodzinami, spakowali swoje literki, zarówno te tanie i popularne – wrzucane na szybko w blogi i byle wpisiki, jak i te drogożcenne, żabierane z szczytliwych ksiąg oprawnych w gładką i błyszczącotliwą skórę obecnych kotletów. 
I tak zostałam sama. Sponiewierana zazdrością, bo przecież zawsze byłam dobrą wróżką. Litościwą i kochającą swoje słowa. A słowa… innych królestw nie opuściły. Opuściły tylko mnie. Ba, nawet mam wrażenie, że tchórzliwie zwiały po prostu do sąsiednich krain. I tam szaleją. Zabawość i szczęść wszędzie, a u mnie Jej Wysokość Niemożność. A ja tęsknym wzrokiem spoglądam z mojej wieży wierzy i czekam na książęcia, który przyjedzie i zajebie tę wredną sukę.
Któregoś dnia wychodząc łapię książkę. Nie swoją, szybko, bo nie będę miała co czytać w autobusie. Czytam, nie wierzę, ale może jednak. Sześć tygodni kontuzji, leń i obrastam tłuszczem. No to może jednak. Nie chce mi się już czekać na ciebie w mini, tylko dlatego to robię. Cholernie motywujące zdanie. Mnie też już się nie chce czekać na mnie w mini. Biegam. Łamię wreszcie trzynaście kilometrów. Wspinam się. Zaliczam okap, nie jęczę. Wszystko jest w głowie. Mówiłam, że kryzys chwilowy? Mialam rację. Zamiast jęczeć, zmień to co ci nie pasuje. A jak nie możesz, to zaciśnij zęby i przestań pierdolić. Dlaczego oni zawsze mają rację? Zacisnęłam zęby. Wyjdę na prostą. Albo inaczej. Wychodzę. Do ludzi, z ludźmi. Mam fajne cycki i nie waham się ich używać. A do tego jeszcze ambitne plany. Plan napisany, teraz tylko przekonujące papierki i też się uda. Wracam na nowe stare śmieci. Nowa stara ekipa, zdecydowanie nowe wyzwania. Chyba najciekawsze, największe do tej pory. Chcę się z nimi mierzyć, brać za bary i dawać radę. Mówiłam już, że mi dobrze w życiu? Jakiś pierdylion razy, nie? To powtórzę.
Wszystko jest jasne i proste. Oj tam, takie gadanie, tobie się wydaje, że wszystko można. A nie? Ja mogę. Może to przez tę bandę świrów, która mnie otacza. Lubię być najgłupsza w towarzystwie. Cud jakiś, że ich jeszcze szlag nie trafił od bazyliarda pytań, które wiecznie zadaję. A co, dlaczego, jak, po co, którędy, z czego i co to do kurwy nędzy te czarne dziury.
A co u was?

Piątek

5 komentarzy
Chciałabym dla odmiany mieć trochę innych problemów. Miłosnych na przykład. Jakiegoś bruneta co mi będzie z gitarą pod balkonem wystawał i wkurwiał sąsiadów, a mnie przyprawał o wzrusz czy coś. Ten brunet z gitarą to mi się w kontekście wczorajszego grania pewnie włączył. Poszlim na koniec świata, spotkalim się, pogralim, fajnie było. Mimo że skład okrojony, bo gitara w Duseldorfie a perkusista póki co wirtualny. Ale tak, dobrze, że ruszylim. Ale o czym to ja. A o problemach. Więc (nie zaczyna się zdania od "więc") chciałabym tego bruneta zamiast dajmy na to problemów z dachem, niedokończonym balkonem, kocimi kudłami walającymi się wszędzie, długami, pracą, za ciężkim odkurzaczem, brudną wanną, kurzem na półce, stertą prania, niewyspaniem, brakiem pieniędzy, brakiem butów, brakiem dżinsów w moim rozmiarze, brakiem motywacji, brakiem czasu na seks, sen i gotowanie, brakiem kołków rozporowych, półką spadającą na łeb, popsutymi teleskopami w szafce kuchennej, kotem który nie chce i paroma innymi. Jakby taki brunet wył pod balkonem (bez płytek i z odpadającym tynkiem), to życie bnyłoby prostsze. Albo jakby jeszcze zechciał wyzwać w swej szaleńczej zazdrości jakiegoś szatyna na pojedynek. Wtedy miałabym nie lada dylemat, którą sukienkę włożyć z okazji tego wydarzenia i czy czerń się będzie dobrze prezentować w porannej mgle, czy może lepiej na ponętną czerwień postawić. Albo na przykład takie stado mężczyzn ścielących mi się u stóp mogłabym mieć. Taki problem. Musiałabym zatrudnić wtedy innego mężczyznę postury szafy gdańskiej trzydrzwiowej, żeby mi drogę między tymi ścielącymi się torował.  Mogłabym mieć także problem z nadmiarem butów. Bardzo chętnie bym się martwiła tym, że nie mam ich gdzie trzymać i muszę zbudować nową garderobę. 
Tak sobie myślę, że właściwie jest mi dobrze z tymi moimi codziennymi problemami. I że dam sobie z nimi radę, powoli, po kroczku. No bo jak inaczej? Ciepło, świeci słońce, zaczyna mi się podobać moja grzywka, a właściwie jej włażenie w oczy, lubię jak mi wiatr szarpie szalik, a dziś robi to szczególnie mocno. Lubię moją pracę, mimo że czasem wkurwia mnie tak, że mam chęć jebnąć wszystko i iść we pizdu. 
Rano, po dwunastu godzinach snu budzę się z uśmiechem. Pozwalam sobie na to, żeby sobie nie pozwalać. Spisuję na straty cały tydzień i od razu mi lepiej. Na spokojnie jadę do pracy, na spokojnie robię porządki w skrzynce. Spokój spokój, jabłko, kawa. Na spokojnie planuję ciąg dalszy. Osiągam malusi sukcesik, moje argumenty przemawiają do. W perspektywie wieczorem niezdrowe jedzenie, niezdrowa wódka i dobre towarzystwo. Już czuję się postawiona na nogi. Plan na za weekend pomaga. Czasem trzeba zluzować. 
Ale brunetem z gitarą pod balkonem nie pogardzę.

Noc

Brak komentarzy
Kiedy już prawie czas na sen zwierzam się, że chciałabym popracować w zawodzie. Może pouczyć, podzielić sie swoją pasją. Rozmawiamy. O przekazywaniu wiedzy i o tym jak wielką jest to sztuką. A wiesz jak działa GPS? Dowiaduję się. Wyobraźnia jasno pokazuje mi małą dziewczynkę z warkoczykami, która trzyma czerwony balonik. A później drugi i trzeci. I czwarty. Z dziewczynki ostatecznie robi się czwororęki mutant ale nic to. Wiem. Lubię wiedzieć. Rozmawiamy. O wielkim zderzaczu hardonów, komputerach spinowych, matematyce teoretycznej, fizyce kwantowej. Robi się druga w nocy a ja ciągle chcę słuchać. Zastanawiam się dokąd zmierza ludzkość i zdaję sobie sprawę jak bardzo nic nie znaczę leżąc sobie o drugiej w nocy i myśląc o wszechświecie. Dokąd zmierza? I nagle rozmawiamy dalej o teorii papierowego człowieka. Czyżbyśmy faktycznie dążyli do stworzenia nadludzi? Ale przecież ludzkość się rozwija. Napędzamy się sami do. To jeszcze opowiedz mi na dobranoc coś, co ma początek, środek i koniec. To co? Wielki Wybuch, o tym jak się dowiadujemy o istnieniu innych planet czy o czarnych dziurach? Zasypiam. Opowiesz mi jeszcze?
Czuję, że żyję, gdy zmęczona, spocona i zziajana schodzę z sześciokilometrowej trasy. Dwa tygodnie przerwy, to niby nic, ale jednak dużo. Nie biegam lepiej, czy szybciej. Tylko mniej więcej tak samo jak wcześniej. Ale i tak jestem z siebie dumna. Uczę się nie przejmować się tymi, którzy jak wystrzeleni z procy mijają mnie na starcie. Dobrze wiem, że za trzy kilometry będą podziwiać moje plecy. Tak, czuję się lepsza niż oni. Wolno mi. Bo ja biegnę. Od startu do mety. Nie zatrzymuję się ani na sekundę, nie przechodzę do marszu. Biegnę. W końcu o to chodzi, prawda? O to, żeby po zejściu z trasy móc sobie powiedzieć, że super było, dałam radę, właściwie z luzem i że to zmęczenie jest boskie. Zamiast na trasie sześć razy dochodzić do wniosku, że nie, więcej nie pobiegnę. 
Dzień później czuję się bosko. Owszem bolą mnie mięśnie. Ale inaczej. Bolą mnie z wdzięcznością, że im nie odpuszczam. Trenerka wyznaje tę samą filozofię, wiem, że się dogadamy, polubimy. Słucham siebie. Uważnie, jak nigdy dotąd. Mówię sobie same ważne rzeczy. Szepczę sobie do ucha sekrety o tym jak bardzo i że. Głaszczę się po głowie, gdy płaczę w poduszkę. Tak, ja też czasem płaczę i czasem wcale nie jest mi tak dobrze jak jest.
Znajduję siły w sobie. Tego też się uczę. Poczucia bezpieczeństwa, sił i motywacji nie dam nikt poza mną. Szukam ich w sobie. Szukam bardzo mocno i zawsze znajduję. Gdy boli, piecze, gdy marzę tylko o tym,  żeby ktoś się mną zajął. Zawsze tego kogoś znajduję. To ja. Witaj. Nie becz, przecież nie ma powodu. Jutro będzie lepiej, przecież wiesz. No już. Uspokój się. Proszę, to twoja ulubiona herbata. Już lepiej? Lepiej. Zawsze. Idź spać, przykryj się dobrze, bo mi zmarzmiesz, uchyliłam ci okno. Jutro będzie lepiej. A nawet jeśli nie, to przecież zawsze masz mnie.
Schizofreniczka.