Kryzysy panie mają to do siebie, że czasem sie zdarzają. No to właśnie mi się zdarza. Nie pierwszy i nie ostatni, ale postanowiłam go odnotować dla potomności (oraz prokastrynuję przed dokończeniem projektu, a że Rodzicielka w czasie wizyty trwającej półtora dnia zdążyła mi posprzątać WSZYSTKO w chałupie, to nie moge się oddać ogarnianiu rzeczywistości). Generalnie od dwóch tygodni non stop supeł w żołądku i czarne myśli, że co to będzie gdy. No trudno, dam se radę, a jak już będzie strasznie źle, to może mi się uda poprosić o pomoc (nie mam do tego talentu, bo co, JA sobie nie poradzę?).
Z jednej strony jest pięknie, bo wiem co i jak i nawet kiedy zrobić, coby z kryzysu wyjść na prostą. Z drugiej strony nie wszystko ode mnie zależy w tym wypadku. Uczę się nie jęczeć, uczę się zaciskać zęby i znosić ze spokojem, to czego zmienić nie mogę. Staram się planować, zapisywać, realizować, nie zważając na nic. Idzie powoli, jak po grudzie, jak krew z nosa, we krwi, pocie i łzach, ale do przodu.
Ignoruję wszystko co mi stoi na przeszkodzie, serdecznie olewam i mam w rozłożystym zadzie. Nie zginę, nie jestem sama, mnóstwo ludzi ma gorzej.
Budzę się rano z uśmiechem, wychodzę z kawą na balkon, oddycham głęboko i wiem że dam radę. Tymczasem kot wyczesany, zioła posadzone, posprzątany balkon, w wazonie świeże kwiaty. Zaraz zrobię kawę i do boju.