ruda-blondynka

Twój nowy blog

Wpisy z tagiem: relacje-z-frontu

Kryzysy panie mają to do siebie, że czasem sie zdarzają. No to właśnie mi się zdarza. Nie pierwszy i nie ostatni, ale postanowiłam go odnotować dla potomności (oraz prokastrynuję przed dokończeniem projektu, a że Rodzicielka w czasie wizyty trwającej półtora dnia zdążyła mi posprzątać WSZYSTKO w chałupie, to nie moge się oddać ogarnianiu rzeczywistości). Generalnie od dwóch tygodni non stop supeł w żołądku i czarne myśli, że co to będzie gdy. No trudno, dam se radę, a jak już będzie strasznie źle, to może mi się uda poprosić o pomoc (nie mam do tego talentu, bo co, JA sobie nie poradzę?).

Z jednej strony jest pięknie, bo wiem co i jak i nawet kiedy zrobić, coby z kryzysu wyjść na prostą. Z drugiej strony nie wszystko ode mnie zależy w tym wypadku. Uczę się nie jęczeć, uczę się zaciskać zęby i znosić ze spokojem, to czego zmienić nie mogę. Staram się planować, zapisywać, realizować, nie zważając na nic. Idzie powoli, jak po grudzie, jak krew z nosa, we krwi, pocie i łzach, ale do przodu. 
Ignoruję wszystko co mi stoi na przeszkodzie, serdecznie olewam i mam w rozłożystym zadzie. Nie zginę, nie jestem sama, mnóstwo ludzi ma gorzej. 
Budzę się rano z uśmiechem, wychodzę z kawą na balkon, oddycham głęboko i wiem że dam radę. Tymczasem kot wyczesany, zioła posadzone, posprzątany balkon, w wazonie świeże kwiaty. Zaraz zrobię kawę i do boju. 

Tekst ten będzie pozbawiony moich ulubionych przenośni, których nikt nie rozumie, zdań siedemnastokrotnie złożonych, które tylko ja lubię i innych ozdobników. Będzie nadzwyczaj konkretny, pisany z mozołem o mozole.

 

Popadłam w uzależnienie. W uzależnienie, którego nie pojmie nikt, kto tego nie spróbował, a rozumieją wszyscy, którzy wsiąkli tak  jak ja.

 

Prawie miesiąc temu zaraz po dwóch tygodniach kuracji antybiotykami, ciężkiej ropnej anginie i dwóch tygodniach dobijającego nic nie robienia pierwszy raz wyszłam biegać. Początek standardowy – jak wszyscy – myślałam, że umrę. Wróciłam do domu, położyłam się w wannie i chciałam się przenieść na tamten świat. Następnego dnia bolało mnie wszystko, dowiedziałam się o istnieniu mięśni w takich miejscach, że byłam w szoku. Z zaciśniętymi zębami wyszłam z domu drugi raz. I trzeci, i czwarty. I wtedy przestało mnie boleć wszystko. A zaczęła się euforia.

 

„Ej ale ty się przestałaś garbić.”

 

Wiem

 

„Spodnie ci spadają”

 

Wiem

 

„Jakaś wesoła ciągle jesteś”

 

Wiem

Nigdy nie myślałam tak dużo, jak wtedy gdy biegam. Nigdy nie miałam tak poukładanych myśli i tak przejrzystych. I tylu stworzonych historii. Do porządku jeszcze daleko w mojej głowie, ale w końcu wychodziłam od totalnego chaosu i popieprzenia wszystkiego. W momencie, gdy zasznuruję buty, włożę słuchawki i włączę ten jeden zgrany kawałek, który nadaje mi idealne tempo, przestaje liczyć się wszystko.

 

Wolę biegać sama. Mój czas dla siebie i swojej głowy.

 

Nie biegałam tydzień. Jakoś się nie składało. Dawno już nie było mi tak źle. Dawno już nie brakowało mi czegoś tak bardzo.

 

Mój pierwszy cel to 10 kilometrów. Później wyznaczę kolejne.

 

 

Front walki

Brak komentarzy
Gdyby nie to, że ściągnęłam na wieczór moją B. to chyba bym osiwiała. Mam już serdecznie dość leżenia plackiem i siedzenia w domu wyłącznie z kotem. Choroby zakaźne są szkodliwe dla psychiki. Gdyby nie internet, to już w ogóle dostałabym pierdolca. 
Niech będzie, że podciągnęłam się w lekturach. Ale. No właśnie ale. Jeśli jedynymi żywymi osobami, z którymi rozmawia się przez tydzień są listonoszka, dostawca pizzy i zakupów z almy to można dostać do łba. Ja dostałam. W międzyczasie czując się jak…. jak… no nie mam dobrego porównania. Przez tydzień bolało mnie wszystko co tylko mogło. W sumie pobolewa nadal. Antybiotyki z jednej strony działają jak złoto, z drugiej mordują mnie. Mdli mnie po każdej dawce. Mam nadzieję, że działają te wszystkie osłonowe cuda niewidy. Mam serdecznie dość chorowania. A czeka mnie jeszcze drugi tydzień jazdy na prochach. Mam dwa dni, żeby doprowadzić się do ładu i wyglądać po ludzku w poniedziałek.
Tydzień w piżamach rozleniwia. 
Poza tym ledwo łażę, jestem osłabiona jak cholera i po wejściu po schodach na piętro mam zadyszkę. 
Podsumowując: lepiej mi, ale nadal proszę o dobicie.