ruda-blondynka

Twój nowy blog

Wpisy z tagiem: moje-cialo-mnie-nienawidzi

No bo.

1 komentarz
Dawno dawno temu, za górami, za lasami i jeszcze za rzeką i torami i koło konia stał sobie zamek. Zamek był w sumie całkiem nowy, ale z lekka sie rozlatał. W zamku onym mieszkała królewna. Królewna się nie mogła zebrać do tego, żeby porządnie zająć się zamkiem. Prowizorka to w końcu najtrwalsza rzecz na świecie. Aż w końcu w skrócie mówiąc wkurwiła sie i posprzątała w garderobie. Nooo minus jedna szafa, do której kolanem wepchnęła wszystko to, co wywaliła z innych półek. To był krok pierwszy. 
Później był remont. Usuwanie wilgoci i malowanie w dwóch pokojach i sufit trzeciego i jeszcze paaanie kurwa tu przy schodach, ło i tu, i tu, zajebaliście mi schody wy fiuty, jak ja nienawidzę remontów, przeciez jakoś muszę pracować. Naswet kot w gipsie był plus wszystko absolutnie. Wprowadzę się może do wanny. Ostatecznie wanna też była w gipsie. Wreszcie nastał ten dzień. Poszli se w pizdu. I zostawili. Rozpierdol, pył i gips.
Królewna se siadła na środku, przygarnęła kota w gipsie i rozbeczała się z rozpaczy w przerwach łkania ciskając na prawo i lewo soczystymi kurwami. I jak to zawsze w beznadziejnych sytuacjach, gdy królewny już są prawie na wykończeniu, zjawia się dobra wróżka pod postacią Królowej Matki. 
Królowa Matka przyjechała w sobotę. Zastała królewnę na kanapie, z lekka skacowaną, zmęczoną i przysypaną gipsem (w sumie dobrze, że nie wapnem, co nei?). I jak na królową przystało, machnęła różdżką, przyodziała się w bojówki, tiszert i nakazała uczynić podobnie królewnie. A następnie wpadły obie w szał. 
Królewna bezlitośnie wyrzucała, plądrowała szafy, szafki i szafeczki oraz szuflady i przyległości. Wraz z Królową Matką wynosiły, wyrzucały wielkie wory, rozklekotane sprzęty z komnat, pucowały, szorowały aż…
Wtem jeb dup, królewnie półka świetlna w kuchni się urwała i spadła na łeb. Ale nic to. Półkę się sklei. 
Nadszedł czas, by zagospodarować jakoś ogołocone komnaty.  Zaprzęgły zatem damy rumaki do karocy i pognały co koń wyskoczy do szwedzkiej mekki turystycznej dla poddanych. Pomijając szczegóły, wróciły do zamku na raty. Obładowane jak indyjskie bawoły. I dawaj, wnosić to wszystko po krętych schodkach do komnat. Wniesły i padły. 
A następnie wstały i zasuwały dalej. I znów pojechały do mekki, a później tam, gdzie idiotów nie wpuszczają. I jeszcze tu i tam, kurwa mać mam dość. Jak można lubić zakupy?
Minęły dwa dni dzikiego wywalania, odgruzowywania, sprzątania, odkurzania, mycia, skręcania, wynoszenia, wnoszenia, szorowania, tłuczenia młotkiem i cholera wie czego jeszcze. 
W poniedziałek nie mogłam wstać z łóżka.
Ale mam dom. Wreszcie. Nie "mieszkanie". Dom. Moje miejsce na ziemi. I z tej okazji chyba pójdę se powyć.
Nic to. Tydzień leci. Jak wściekły. Praca, dom, fitness, dom, praca, znów fitness, kurwa nie mam kiedy biegać, przyjedź, to jadę. Jest mi dobrze, wszystko się układa, nawet problemy są jakby łatwiejsze do rozwiązania, ciągle mam za dużo do zrobienia, ale przecież dam radę. Lubię i chcę tak. 
No to jutro zaczynamy od 12. Wstaję rano, wciągam biegowe gacie, w których mój zad wygląda jak szynka, sznuruję buty, zakładam słuchawki i wychodzę. Pada deszcz, lubię biegać w deszczu. Za mocne tempo, za długa przerwa, mięśnie obolałe po fitnessach. Wszystko robi swoje. Po niecałych dwóch kilometrach płuca mówią NIE. Stanowcze. Wszystkie metody uspokajania oddechu zawodzą. Mam w oczach łzy. No bo dlaczego kurwa, czemu mi to robisz, przecież wiem, że mogę. Nic to. Koniec. Do domu, ledwotruchtem. Zmęczona, przybita. Cały dzień pod znakiem. Boli mnie każda część ciała. Włącza mi się Jęczybuła. No bo po cholerę mam się męczyć. Pieprzę to, nie chcę już, w dupie mam maraton i jebie mnie to, czy będę nosić mini. 
I myśl o niedzieli mnie dobija. Sprawdzian na sześć kilometrów. Brzmi absolutnie nierealnie. Biegałam dziesiątki owszem. I co z tego? Nic nie ma sensu. B. biega jak maszyna. nawet jeśli jeszcze nie do końca naoliwiona to i tak zazdrość mnie zżera. Cholernie cieszą wyniki, ale. No bo kurwa dlaczego ja nie mogę? 
Znajduję sobie drobiazgi. Świeżo wyprane dżinsy wciągnięte na tyłek zjeżdżają. Przecież w przyszłym tygodniu już nic mnie nie będzie bolało. Przecież wiem, że warto. No przecież dam radę. Bez sensu by było, gdyby miało być inaczej.
Trzy dni piszę ten tekst. Trzy dni wypluwam z siebie słowa. Może za dużo i za dobrze dzieje się. Może za szybko. Mieszczę się w stu sześćdziesięciu znakach, by powiedzieć, że. Ale czasem jednak muszę.
Najciekawsze jest to, że nosi mnie, wodzi mnie. Ciągle. Nigdy wcześniej nie miałam tyle energii. Wstaję rano, uśmiechnięta, cały dzień na najwyższych obrotach i ciągle jest mi dobrze i ciągle mam ten cholerny power. Oby tak dalej.
O. Właśnie. I już działa. Tak, boli mnie, więcej powiem, nakurwia mnie wszystko. WSZYSTKO. Każda część ciała. To co? To idę na fitness. Albo na dwa. No bo przecież. 
Prawda?
Od rana zaliczyłam dwa wymazy z gardła. Bardzo miłe badanie, ich mać. Historia zdjęcia cycków natomiast wygląda tak:
Rentgen umówiony na 11.45.  O 11.30  dzwoni mi telefon.  No idzie pani na to zdjęcie czy nie?! – No idę, już jestem pod budynkiem – No to biegiem, bo czekam, pani wejdzie tu do mnie od razu.  Przylazłam.  W drzwiach stoi taki stary obleśny dziad. Brwi jak Breżniew,  wąs sumiasty, a chudy jak szczapa. - Od pasa w górę poproszę!
 I poszedł. Posłusznie się rozbieram. Pan wrócił.  Podejdzie pani do mnie.  BLIŻEJ! Opasał mnie ołowiem. Data miesiączki ostatniej! Podpisze mi tu zgodę na badanie! Pokornie podpisałam. Dobra, przodem do tablicy i się przytulic jak do chłopa – jezusiejasnygwint zimne!  - No mówię, że jak do chłopa! Tu już mi puściło wszystko i rechotałam równo. Nie rechocze mi, bo się rozmaże na zdjęciu. Machnął tę fotę.  Zdejmie se pani fartuch i biustonosz ubierze i zobaczymy czy wyszło.  A mogę się ubrać?  NIE! Bo jak coś nie wyjdzie, to się mi znów pani będzie rozbierać. Ile ja mogę oglądać tego rozbierania? Se pani poczeka chwile, ja polece po receptę dla siebie. I poleciał.  Wrócił. Noo wyszło, spoko, ubierze się pani.  Ubieram się. Jeszcze mi pani rachunek pokaże, żebym wiedział, czy za darmo nie robię. Pokazałam. Wchodzi jakaś pielęgniarka. No masz znowu ta.. pani mi powie, co ja mam zrobić, żeby ona mnie przestała prześladować? ZASPOKOIĆ? W tym momencie zeszłam na zawał i pełna wrażeń rzekłam, że sam musi wymyślić rozwiązanie, a ja w imię solidarności jajników jestem po stronie pani pielęgniarki. Grzecznie podziękowałam, pożegnałam się i wyszłam. Zapamiętam ten rentgen do końca życia.
Tymczasem nadal mam kryzys. Odliczam dni do soboty. Nie mogę się ogarnąć, nie mogę się zebrać do niczego. Uprawiam spychologię, nawet spisać mi się nie chce, tego co mam do zrobienia. 
Weider mi idzie supersystematycznie bo to jedyne co mnie trzyma w całości. Za dużo myśli, za duży bajzel w głowie. Trzymam się kurczowo tych kilku spraw, które są dobre. 
Myślisz, że jak wrócisz do biegania, to nagle ci się wszystko poukłada? Prawie słyszę ten sarkazm w literach. Tak. Tak własnie myślę. Więcej. Wiem, że tak będzie. Nie zrozumiesz tego. 
Odliczam dni. 
Nie wierzę w los. Że coś jest mi przeznaczone, że przypadek, że zapisane gdzieś co będzie. Pierdolenie. Wszystko zależy ode mnie. Wyłącznie. To ja przyciągam do siebie takie, a nie inne zdarzenia. To udowodnione naukowo i pięć lat mi to do łba ładowali, no to wierzę. Wolę w to, niż w Opatrzność. Owszem wymaga ta wiara posiadania jaj, mówiąc metaforycznie. Dlaczego? Ano dlatego, że jak wierzysz w los/przypadek/boga/chujwico, to zawsze odpowiedzialność za to co się dzieje w twoim życiu na los/przypadek/boga/chujwico możesz, z przeproszeniem, zwalić. A ja nie mogę. Obstaję przy tym, że w moim życiu wszystko zależy ode mnie, więc za wszystko co się dzieje ja i tylko ja jestem odpowiedzialna. Obiłam se nogę i nie mogę biegać? Bo jestem łamagą. Upadłam na dupę i Weidera robię ze łzami w oczach na obtłuczonej kości ogonowej? Ano, bo po lodzie zasuwam w wyjątkowo nieodpowiednich butach. I tak dalej i tak dalej. 
Chociaż przyznać muszę, boli czasami to, że nie można sobie powiedzieć, pierdolę, to wszystko przez ten jebany los, który nie chce, żebym podejmowała jakąkolwiek aktywność fizyczną. A tu się okazuje, że nie. Przecież za to jak działa moje ciało, za to co w nim jest do naprawy też ja odpowiadam. A nie świat i los. Los mi nie wyprostuje pleców i nie nauczy mnie kolan nie obciążać. I tyle. Toteż morał z tej bajki jest taki, drogie dzieci. Zamiast jęczeć i marudzić o tym, jak to wam los źle robi, weźcie się za mordy i popracujcie nad sobą. 
Boli. Jak cholera.
Ale warto.
Jak dwie cholery.
Ten przydługi, ale jakże znaczący tytuł w skrócie opisuje to, co przez ostatni tydzień przeszłam z tak zwaną służbą zdrowia. Znacie skecz Sadowskiego o Telekomunikacji Narodowej Same Atrakcje? Mniej więcej taki cyrk miałam ino ze znachorami ich mać i biurokracją. A historyjka jest taka.
Dawno dawno temu, w któryś piękny piątek (a dokładnie dwa tygodnie temu)  szłam sobie malowniczym jakże chodniczkiem gdy wtem wjebałam się w dziurę. Zasyczałam z bólu, rzuciłam soczystą kurwą, otrząsnęłam się i z trochę mniejszą gracją polazłam dalej. Noga bolała. Bolała bardzo, bolała bardziej bolała mniej. Jak już nie bolała prawie wcale to postanowiłam grzecznie i powoli ją przebiec. Skończyło się na 30 minutach i powrocie emeryckim spacerkiem do domu. Bolała kolejny tydzień, aż wreszcie wkurwiwszy się postanowiłam zabrać nogę do lekarza.
Wybrałam se przychodnie, do której się zapiszę. Dzwonię. Odbiera bardzo miła pani. Mówię jak jest, że chcę się zapisać do przychodni, bo są tacy fajni, boscy i mają takich przystojnych specjalistów. Pani do mnie, że dobrze i oczywiście, pani przyjdzie, zapiszemy, będzie pięknie. Pani poszła. W okienku bardzo miła pani wpisała mnie w poczet pacjentów. Śmiało wyznałam, że bym do ortopedy chciała, albo chirurga. Pani! Do ortopedy? Teraz? No chyba pani na łeb upadłaś. Do chirurga? No to już szybciej, ale pani z urazem? To idź pani z tym urazem na ostry dyżur, tam najszybciej będzie. 
No to postanowiłam posłuchać. Wzięłam nogę i zawiozłam ją na mój znany już ostry dyżur. Już raz mnie tam bardzo profesjonalnie obsłużono, gdy na laryngologiczny przylazłam z ropną anginą. Pani dochtór zajrzała mi w gardło przez szpary w zębach, bom dzioba nie mogła otworzyć i zaordynowała idealne leczenie. 
Mając w pamięci te miłe wspomnienia polazłam na ortopedyczny. I ojakżesrodzesięzawiodłam. Kiedy się pani to stało? O ja głupia, czemu powiedziałam prawdę. No jakiś tydzień temu i trochę. To gdzie na ostry dyżur się pakuje? Tu ze złamaniami, z wypadków czekają, a jak sama chodzić może to do rodzinnego lekarza pójdzie, skierowanie na rentgen weźnie i jak co wyjdzie to skierują dalej. Nie przyjmiemy.
Kurwa. Wspomniałam, że mój ulubiony ostry dyżur znajduje się na drugim końcu miasta? Nie wspomniałam? To wspominam. Na drugim kurwa końcu miasta.
Postanowiłam olać służbę publiczną i posmakować znowu prywatnej. Zadzwoniłam do bardzo miłej przychodni sto złotych za wizytę. W recepcji odebrała bardzo miła pani i zapisała mnie na sto złotych za wizytę. Udałam się wieczorem do bardzo miłego pana ortopedy sto złotych za wizytę, strzelił mi seksowną fotkę lewej kończyny, pogapił się, złamania uff nie stwierdził, zakazał chodzić, nakazał nie ruszać nogi, łykać naproxen i wrócić za dni parę.
Za dni parę jakoś mniej więcej na godzinę przez sto złotych za wizyta zabrzęczał mój telefon i bardzo miła pani z recepcji zapowiedziała, że pana doktora szlag trafił, rozłożył się i dupa wizyty przełożone na za tydzień. No to taki interes to ja pierdolę. A za tydzień to pierdolę szczególnie i sto złotych za wizytę nie będzie. Ale, że kulas poddać się nie chciał i napierdalał dalej postanowiłam udać się na inny ostry dyżur i tym razem sugestywnie nakłamać, coby mię tę racicę obejrzeli od nowa i porządnie. 
Dotarłam do szpitala. Wojskowego w dodatku. Okazało się, że ostry dyżur owszem mają. O tam pani pójdzie te siedem kilometrów prosto, później w prawo, w lewo, znów prosto, trzeci korytarz na lewo, czwarte drzwi po prawej i już pani będzie. No to pokuśtykałam. Mały kwadransik mi zajęło doszuranie do rejestracji ale dałam radę. Bardzo miła pani w rejstracji zapytała co mi. No to mówię, że uraz, boli aua aua pomocy bo zaraz umrę. Dobrze dobrze pani wejdzie na oddział pójdzie w prawo, czwarte drzwi, pani zapuka i powie. Poszłam. Zapukałam. Pani poczeka, lekarza nie ma bo szyje. Ortopeda szyje? No dobra, niech szyje. Siadłam na zadzie, wywlokłam Politykę i wetkłam nos w jakiś artykuł. A pani kolano? Ja kolano, bo wie pani, ja jestem w domu na zwolnieniu bo zapalenie oskrzeli mam, a u tych koreańców pracuję, i w domu szłam herbatę zrobić i dobrze, że na tę szklankę nie poleciałam, bo widzi pani jak mi spuchło to kolano, a pani z kolanem? Nie, stopa. A stopa, bo widzi pani ja z kolanem. A pani pani kochana już po zdjęciu? Już po. Ale panią zagipsowali, i co, wypisu nie chcą dać. Minął pierwszy kwadrans. Drugi. W międzyczasie zjawił się pan z obitą klatką piersiową, dziewczę z jak się okazało zaś, zapaleniem żył, oraz zawieźli innego pana na gipsowanie. Zasłoniłam się gazetą. A pani to narty, czy łyżwy? Chodnik. A to się pani zimą nie zdążyła pocieszyć. No kurwa cieszę się jak cholera, szkoda że zza szyby. Paaani Dąbroowska, zaraz pani wejdzie. A pani? A już mamy wypis. Jedna odfajkowana. Szczęściem pani od kolana zajęła rozmową pana od klatki. Wtem. Pani Dąbrowska pani idzie. A chodziła pani na tej nodze? No gdziee pani, ja tu cztery godziny siedzę. Uf. Zamknęły się drzwi gabinetu. Po jakichś dziesięciu minutach Pani Dąbrowska wyszła na własnych nogach, nafaszerowana ketonalem z nakazem nie używania nogi. Pani Ruda Blondynka? Pani wejdzie? Pani co? A uraz? Pani pokaże gdzie boli. Boli? Aua! Dobrze to zdjęcie. Po kolejnej wieczności otrzymałam do ręki skierowanie i wytyczne. Do rentgena pokój 254 pani pójdzie prosto, w lewo, w prawo, koło kiosku, do końca korytarza, w lewo, w prawo, czwarty korytarz, ósme drzwi i to już będzie tam. Poszurałam. Po małym kwadransie dotarłam do rentgena. Drzwi otworzył mi powalająco śliczny pan, zaprosił grzecznie. Pani se stanie tu na tej platformie. Pleckami do ściany. Zimno tu, nie? No zimno. Oprze się pani. Jeszcze mi pani podpisze, że w ciąży nie jest. No. A teraz się pani nie wystraszy, stół będę obracał. I wtem…  Mrr. Żadem mężczyzna mnie nigdy tak łagodnie nie położył. W sumie fajnie, że już się nie trzeba wspinać na te stoły wysokości ośmiu metrów. No, zdejmie pani bucik. (Ta bucik… wielgaśny bucior trekkingowy)I tak trzymać, jeszcze ołów pani założę. A teraz nie ruszać się, strzelamy fotkę. Obrócić stópkę, no dokładnie tak, strzelamy. No i już. Położy się pani, to spionizuję. I podróż stołem do pionu. Jak w NASA się poczułam. Za pięętnaście minut już będą pani zdjęcia tam w komputerze. Spoko, akurat zdążę się doszurać. Szur szur, w lewo w prawo, ósme drzwi w czwartym korytarzu. Po drodze minęłam jakieś osiem pracowni rentgena ale przecież po co uruchomić tę najbliżej. 
Dolazłam z powrotem do gabinetu. Noo jeszcze nie ma pani zdjęć, pani se siądzie i poczeka. Pani se siadła. Po jakimś kwadransie bardzo miły pan dochtór zaprosił mnie do gabineta. No złamania nie ma. Tyle to ja już wiedziałam, ale co ja mam kurwa zrobić. No to se pani założy bandaż elastyczny, okład z altacetu, woltaren se kupić. I nogi nie używać. Ma pani kule w domu? Bo w sumie koniecznie to nie, ale jak pani ma, to używać,  żeby mi pani tej nogi nie stawiała na ziemi najlepiej. I L4 sobie od rodzinnego wziąć na jakieś 4- 5 dni. A później dwa tygodnie ograniczać chodzenie. Dwa tygodnie? No. Panie doktorze, ale ja biegam.. to kiedy mogę wrócić? Spojrzenie doktora mówiące wszystko. Chodzić ci nie wolno, durna babo, kule powinnaś se załatwić, usztywnić kulasa i się cieszyć, żeś się nie połamała, a ty mi o bieganiu? dwa tygodnie minimum. I nie przeciążać tej nogi. W ogóle. No. Do widzenia. 
Do widzenia. Kurwa. I w pizdu. I cały misterny plan też w pizdu. Racica spoczywa na poduszce na stole, usztywniona, obłożona. Plan wyjazdu chuj strzelił, do końca weekendu  nie ruszam się nigdzie, a w poniedziałek wracam do roboty bo zejdę. 
Morał: Drogie dzieci, nie przetrącajcie se nóżek. Bo to wkurwiające jest.