Dawno dawno temu, za górami, za lasami i jeszcze za rzeką i torami i koło konia stał sobie zamek. Zamek był w sumie całkiem nowy, ale z lekka sie rozlatał. W zamku onym mieszkała królewna. Królewna się nie mogła zebrać do tego, żeby porządnie zająć się zamkiem. Prowizorka to w końcu najtrwalsza rzecz na świecie. Aż w końcu w skrócie mówiąc wkurwiła sie i posprzątała w garderobie. Nooo minus jedna szafa, do której kolanem wepchnęła wszystko to, co wywaliła z innych półek. To był krok pierwszy.
Później był remont. Usuwanie wilgoci i malowanie w dwóch pokojach i sufit trzeciego i jeszcze paaanie kurwa tu przy schodach, ło i tu, i tu, zajebaliście mi schody wy fiuty, jak ja nienawidzę remontów, przeciez jakoś muszę pracować. Naswet kot w gipsie był plus wszystko absolutnie. Wprowadzę się może do wanny. Ostatecznie wanna też była w gipsie. Wreszcie nastał ten dzień. Poszli se w pizdu. I zostawili. Rozpierdol, pył i gips.
Królewna se siadła na środku, przygarnęła kota w gipsie i rozbeczała się z rozpaczy w przerwach łkania ciskając na prawo i lewo soczystymi kurwami. I jak to zawsze w beznadziejnych sytuacjach, gdy królewny już są prawie na wykończeniu, zjawia się dobra wróżka pod postacią Królowej Matki.
Królowa Matka przyjechała w sobotę. Zastała królewnę na kanapie, z lekka skacowaną, zmęczoną i przysypaną gipsem (w sumie dobrze, że nie wapnem, co nei?). I jak na królową przystało, machnęła różdżką, przyodziała się w bojówki, tiszert i nakazała uczynić podobnie królewnie. A następnie wpadły obie w szał.
Królewna bezlitośnie wyrzucała, plądrowała szafy, szafki i szafeczki oraz szuflady i przyległości. Wraz z Królową Matką wynosiły, wyrzucały wielkie wory, rozklekotane sprzęty z komnat, pucowały, szorowały aż…
Wtem jeb dup, królewnie półka świetlna w kuchni się urwała i spadła na łeb. Ale nic to. Półkę się sklei.
Nadszedł czas, by zagospodarować jakoś ogołocone komnaty. Zaprzęgły zatem damy rumaki do karocy i pognały co koń wyskoczy do szwedzkiej mekki turystycznej dla poddanych. Pomijając szczegóły, wróciły do zamku na raty. Obładowane jak indyjskie bawoły. I dawaj, wnosić to wszystko po krętych schodkach do komnat. Wniesły i padły.
A następnie wstały i zasuwały dalej. I znów pojechały do mekki, a później tam, gdzie idiotów nie wpuszczają. I jeszcze tu i tam, kurwa mać mam dość. Jak można lubić zakupy?
Minęły dwa dni dzikiego wywalania, odgruzowywania, sprzątania, odkurzania, mycia, skręcania, wynoszenia, wnoszenia, szorowania, tłuczenia młotkiem i cholera wie czego jeszcze.
W poniedziałek nie mogłam wstać z łóżka.
Ale mam dom. Wreszcie. Nie "mieszkanie". Dom. Moje miejsce na ziemi. I z tej okazji chyba pójdę se powyć.
Nic to. Tydzień leci. Jak wściekły. Praca, dom, fitness, dom, praca, znów fitness, kurwa nie mam kiedy biegać, przyjedź, to jadę. Jest mi dobrze, wszystko się układa, nawet problemy są jakby łatwiejsze do rozwiązania, ciągle mam za dużo do zrobienia, ale przecież dam radę. Lubię i chcę tak.
No to jutro zaczynamy od 12. Wstaję rano, wciągam biegowe gacie, w których mój zad wygląda jak szynka, sznuruję buty, zakładam słuchawki i wychodzę. Pada deszcz, lubię biegać w deszczu. Za mocne tempo, za długa przerwa, mięśnie obolałe po fitnessach. Wszystko robi swoje. Po niecałych dwóch kilometrach płuca mówią NIE. Stanowcze. Wszystkie metody uspokajania oddechu zawodzą. Mam w oczach łzy. No bo dlaczego kurwa, czemu mi to robisz, przecież wiem, że mogę. Nic to. Koniec. Do domu, ledwotruchtem. Zmęczona, przybita. Cały dzień pod znakiem. Boli mnie każda część ciała. Włącza mi się Jęczybuła. No bo po cholerę mam się męczyć. Pieprzę to, nie chcę już, w dupie mam maraton i jebie mnie to, czy będę nosić mini.
I myśl o niedzieli mnie dobija. Sprawdzian na sześć kilometrów. Brzmi absolutnie nierealnie. Biegałam dziesiątki owszem. I co z tego? Nic nie ma sensu. B. biega jak maszyna. nawet jeśli jeszcze nie do końca naoliwiona to i tak zazdrość mnie zżera. Cholernie cieszą wyniki, ale. No bo kurwa dlaczego ja nie mogę?
Znajduję sobie drobiazgi. Świeżo wyprane dżinsy wciągnięte na tyłek zjeżdżają. Przecież w przyszłym tygodniu już nic mnie nie będzie bolało. Przecież wiem, że warto. No przecież dam radę. Bez sensu by było, gdyby miało być inaczej.
Trzy dni piszę ten tekst. Trzy dni wypluwam z siebie słowa. Może za dużo i za dobrze dzieje się. Może za szybko. Mieszczę się w stu sześćdziesięciu znakach, by powiedzieć, że. Ale czasem jednak muszę.
Najciekawsze jest to, że nosi mnie, wodzi mnie. Ciągle. Nigdy wcześniej nie miałam tyle energii. Wstaję rano, uśmiechnięta, cały dzień na najwyższych obrotach i ciągle jest mi dobrze i ciągle mam ten cholerny power. Oby tak dalej.
O. Właśnie. I już działa. Tak, boli mnie, więcej powiem, nakurwia mnie wszystko. WSZYSTKO. Każda część ciała. To co? To idę na fitness. Albo na dwa. No bo przecież.
Prawda?