Przyszły barwniki spożywcze. Są piękne. Osiem kolorów. Kość słoniowa, żółty, różowy, czerwony, fioletowy, niebieski, zielony i czarny. Już mam wizję tych wszystkich malunków na piernikach. Tymczasem oczekuję jeszcze miłego pana kuriera z całym pudłem książek, którymi będe uszczęśliwiać Osobistych Rodzicieli.
Apropos książek. Polazłam ci ja byłam we wtorek do empiku. Po "Księgę jesiennych demonów" Grzędowicza. Możecie mnie teraz odsądzić od czci i wiary, ale nie znałam pana wcześniej. Kupiłam, bo zachwalał kolega gitarzysta. Jak siadłam tak się oderwać nie mogłam. Dopiero jak mi soczewki wypłynęły na książkę, to musiałam ją odłożyć. Dziś i jutro wreszcie będę miała czas, żeby w spokoju poczytać, więc na pewno ją skończę. W kolejce leży jeszcze pincetsiedemnaście kolejnych. Nie przeszkadza mi to w kupowaniu nowych książek. Z empiku wyszłam jeszcze z Llosą. Zadaniem nie do przejścia okazało się jednak znalezienie tam tej książki. Chcę i pożądam. Mądry komputer pani w informacji powiedział, że jest. JEDNA. Nigdy wczesniej nie przeglądałam półek w empiku książka po książce. Przekopałam pół. I nie było. Schowała się, uciekła, zjedli ją albo co. Nie ma. Nakładu też nie ma. Merlin nie sprzedaje. Zaraza mór i trąd. No nic. Przyjdzie czekać na dodruk. Wzdech.
A jeśli już przy książkach jesteśmy. Zdecydowanym minusem posiadania samochodu jest brak możliwości czytania w tramwaju. Jak jeździłam do pracy godzinę w tę i godzinę nazad, to miałam przeczytane ze cztery książki w tygodniu. A teraz co? Wstyd. Na upartego w korkach bym dała radę, ale jakoś mi tak nie tak za kółkiem z książką… Jeszcze bym się zaczytała na światłach i oberwała w kuper od jakiegoś nadgorliwego kierowcy z tyłu. Generalnie nie jeźdzę jak ślimok, a mam wrażenie, że wszyscy kierowcy w tym mieście spieszą się z żoną na porodówkę, bo ciągle mnie wyprzedzają jak porąbani. A naprawdę nie jeżdzę piętnaście na godzinę.
Ale o czym, to ja. A o kuchcie wewnętrznej. Kuchta zażądała chilli jelly. Mówienie o tym, że to galaretka z chilli jakoś mi nie pasuje. Dżem z chilli też nie, bo jednak to nie ta konsystencja. Nie jest to też marmelada. Zostańmy zatem przy jelly. Mam zamiar uczynić jakieś osiem słoików i przy okazji świąt, albo jeszcze przed świętami uszczęśliwić kilka osób. I teraz dylemat – gdzie ja do cholery kupię słoiczki? Takie śliczniusie, malusie, w sam raz na chochelkę i trochę tej słodko-ostrej pyszności? (Do mięsiwa i sera idealna).
Poza tym co. Nadal chudnę. Rozmawialiśmy sobie wczoraj ze Sprawcą o niecierpliwości. Harujesz człowieku cały tydzień. Dzień w dzień ćwiczysz. Pilnujesz godzin posiłków. Jesz tak jak trzeba. Nie grzeszysz. Pijesz wodę jak koń, przez co czujesz się jak ekspres przelewowy. Żresz błonnik. Mój jest trochę bardziej ohydny niż jego. I po tym tygodniu idziesz do Wyroczni a waga co? Kilo mniej. Albo pół kilo. No k*&^*U(O(& oraz K*(*(&^%$$$%%^& i Pie*^#$_)@^!! Generalnie oboje wiemy, że tak trzeba, tak jest dobrze, tak ma spadać, że budują się mięśnie, że nawodnienie że tralala. I co? I nic. DLACZEGO TYLKO PÓŁ KILO? Droga długa jest. No ale damy radę, przecież nie ma innego wyjścia. Już mam wizję udania się do Levisa i zakupienia najbardziej obcisłych rurek jakie znajdę. Ale to jak już będę miała zad i kacze udka odpowiednich rozmiarów. I te wszystkie miniówy przede mną paradują w snach. To motywuje. Nawet jak kolejna seria przysiadów i wymachów wyciska mi łzy z oczu, jak mam chęć tym wszystkim walnąć w kąt i iść na pizzę i wielkiego, ociekającego tłuszczem hamburgera. I mieć w (rozłożystej) dupie wszystko. Aczkolwiek przyznać muszę, że motywacja Sprawcy działa. Swego czasu oglądaliśmy w telewizorni kolejny program o tłustych babach. "Jak mi się tak doprowadzisz to młotkiem zatłukę". Czy on mi juz grozi i czy to się kwalifikuje na maltretowanie czy coś? Podziałało.
To tymczasem ja się oddam planowaniu ile muszę kupić słodkiej czerwonej papryki i ile papryczek chilli i ile słoików jelly zrobić.