ruda-blondynka

Twój nowy blog

Wpisy z tagiem: krowa-w-balecie-czyli-jak-przebiec-maraton

42,195

8 komentarzy

Mam mętlik w
głowie i tyle do opowiedzenia czy napisania, że nie wiem jak się
za to zabrać. Ale najważniejsze jest to, że TAK, udało mi się!
Przebiegłam maraton! Jestem maratończykiem. Przebiegłam 42
kilometry i 195 metrów. Zrobiłam to!

Bałam się bardzo.
Wiedziałam, że nie jestem dobrze przygotowana do tego startu, ale
nie chciałam się poddać. Taka niestety jestem, założyłam sobie,
że choćby nie wiem co, zrobię wszystko, żeby ukończyć ten bieg.
Chyba przeszkodzić mogłoby mi tylko dosłownie padnięcie na
trasie.

W sobotę na dzień
przed startem obudziłam się wesoła jak szczygiełek i
zakomunikowałam Bazylowi, że spoko, nie boję się, jest dobrze,
fajnie, luz i plus osiemnaście do nieśmiertelności. „To
niedobrze, powinnaś się bać” rzekł był na to Bazyl. Prychnęłam
tylko i pojechałam na Stadion Olimpijski do biura zawodów odebrać
pakiet startowy. Gdy wjechałam na teren stadionu i jechałam przez
ostatnią prostą wprost do bramy z napisem META serce zaczęło mi
walić jak oszalałe. Czy jutro tu dotrę? Czy mi się uda? Czy ja
upadłam na łeb, żeby się porywać na coś takiego? Odebrałam
pakiet, obejrzałam, poczułam klimat imprezy. Mnóstwo ludzi kręciło
się w biurze zawodów. Świadomość, że następnego ranka staniemy
wszyscy razem na starcie i wszyscy będziemy się zmagać z tym samym
sprawiła, że poczułam się… hm.. wyjątkowo? A jednocześnie
nigdy nie czułam się bardziej elementem jakiejś układanki czy
fajnej grupy. Wróciłam do domu i denerwowałam się dalej. Podobno
to dobrze. Wieczorem obowiązkowa kopiasta porcja makaronu i wcześnie
spać. O dziwo nieźle mi się spało, tylko kochany kotecek wojował
i miałam chęć go obedrzeć ze skóry.

Niedziela. Wstałam
bladym świtem, coby zdążyć zjeść śniadanie na trzy godziny
przed startem. Grzecznie wciągnęłam ładnych parę kawałów
pszennej buły z masłem i babcinym dżemem i zapiłam herbatką,
mimo że w żołądku miałam supełek. Wyleżałam się w wannie,
przyodziałam, wywlokłam z łóżka mojego Naczelnego Kibica oraz Sprawcę Całego Tego Bajzlu i popruliśmy na Stadion. Zaparkowaliśmy
Szoguna i udaliśmy się spacerkiem do centrum zamieszania.
Pospacerowaliśmy, pooglądaliśmy, było jeszcze wcześnie. Udałam
się do szatni przebrać się w biegowy rynsztunek. No, poza
koszulką, bo ją, zgodnie z nakazem Sprawcy, miałam włożyć przed
samym startem. Miałam mętlik w głowie. Z jednej strony wiedziałam,
że jestem częścią tej grupy. Biegaczy, startujących w maratonie.
Z drugiej – miałam wrażenie, że jestem kompletnie nie na
miejscu, że zdecydowanie nie powinnam tam być, że nie ja, nie tu.
Znaleźliśmy wszystkich możliwych znajomych, Sprawca został
obarczony telefonami, ciuchami, torbami i inszymi dobrami
startujących i udaliśmy się na linię startu. Rozgrzewka i bardzo
przyjemny akcent – gdy zobaczyłam, że prowadzi ją, Weronika,
trenerka naszej grupy z programu „I ty możesz zostać
maratończykiem”, którego nie było mi dane ukończyć. Adrenalina
już wtedy buzowała we mnie i mam wrażenie, że miałam jej więcej
w ciele niż krwi. Włożyłam biegową koszulkę, przypięłam
odtwarzacz, włączyłam Garmina i już.

Gdy ustawiłam się
w gronie tych wszystkich ludzi, słyszałam jak łomoce mi serce i
czułam, że to wyjątkowy moment. Ostatnie spojrzenie na Naczelnego
Kibica
, które utwierdziło mnie w przekonaniu, że wierzy we mnie,
pewnie nawet bardziej niż ja sama w siebie i START. Wspaniałe
uczucie. Gdy zaczynasz biec i widzisz przy trasie tylu ludzi, którzy
ci kibicują, klaszczą, krzyczą. Wspaniały moment, czułam się
jak królowa świata. Aż spojrzałam na zegarek i zaświeciła mi
się w głowie czerwona lampka oraz włączył głos Sprawcy „WOLNIEJ”. Uspokoiłam się, wyregulowałam tempo i biegłam. „Do
Starówki to luzik” powiedział mi w głowie Sprawca. Biegłam
sobie spokojnie, cały czas kontrolując tempo i mając na uwadze, że
mam biec wolniej niż zawsze. W końcu po tej pierwszej dysze
zostanie mi jeszcze ponad 30 kilometrów. Dobiegłam do dziesiątego
kilometra w 1:15. Bardzo ładnie i zgodnie z założeniami. Przez
Rynek i okolice biegło mi się dziwnie. Nagle tylu ludzi wkoło i
wszyscy się na nas GAPIĄ. Łącznie z wycieczkami niemieckich
emerytów. Co najśmieszniejsze przejęłam się w tym momencie tylko
tym, że na pewno wyglądam jak oferma w tej oczojebnie zielonej
chustce na łbie i bez makijażu. I jakoś tak uciekł mi kolejny
kilometr. I kolejny i kolejny. Następne co pamiętam to grupa
przystojnych panów na Sudeckiej, to chyba był jakiś osiemnasty czy
dziewiętnasty kilometr. Panowie wystawili przed dom instrumenty i
zasuwali z dopingiem muzycznym. Gęba sama mi się uśmiechała.
Pobiegłam dalej. 

Nagle oczom mym ukazała się brama z jakże
pięknym napisem „PÓŁMETEK”. Mój czas 2:39. Było dobrze,
trzymałam ładne tempo. Głos Sprawcy cały czas w głowie
wypowiadał te same słowa z „WOLNIEJ” na czele. Grzecznie
korzystałam z każdego punktu odżywczego i każdego punktu
odświeżania jaki był. Dobrze wiedziałam, że nie mogę sobie
pozwolić na odwodnienie, a łatwo było, bo z nieba zaczynał lać
się żar. Mówi się przy okazji Wrocławskiego Maratonu o
„przeklętej Gądowiance”. Długi, męczący podbieg na 25
kilometrze. Bardzo się bałam tego punktu. Spojrzałam przed siebie
i daleeeeeko daleko widziałam figurki innych biegaczy mozolnie
sunące pod górę. I postanowiłam zmienić tryb myślenia. Co tam,
oni dają radę to i mnie się uda. To było koszmarne, fakt. Kroczek
po kroczku, bardzo powoli, w pełnym słońcu, bo akurat było
południe, po asfalcie, który już wtedy przypominał rozgrzaną
patelnię. I nagle w głowie pojawił mi się głos innego dobrego
ducha. „Wszystko jest w głowie, pamiętaj, wszystko jest w
głowie”. O tak Areczku, masz rację. Fakt, że jak doczłapałam
do kolejnego punktu nawadniania miałam wrażenie, że zaraz tam się
położę przy drodze i oleję całą tę zabawę. Aż przypomniało
mi się co powiedział rano, przed startem Tomek – jeden ze
startujących, z którym gadałam, żeby było weselej, w kolejce do
kibla. „Dopóki masz siłę, trzeba biec”. No a ja przecież
jeszcze miałam siły. 28 kilometr. Tu zrobiło się już naprawdę
ciężko. Było bardzo gorąco, bolały mnie mięśnie i chciało mi
się beczeć. No bo jak to… Przecież miałam dać radę, przecież
jest dobrze, dlaczego teraz ma nie być? Uratowała mnie pewna
dziewczyna. Tego nie zapomnę do końca życia. Była śliczna.
Opalona brunetka z kręconymi włosami, ubrana w różowy top
odsłaniający kształtny brzuch i białe spodnie. Siedziała przy
samej ulicy na wózku inwalidzkim i krzyczała do nas, ledwie
człapiących, zmęczonych, obolałych i spoconych. Gdy przebiegałam
obok usłyszałam „Już niedaleko, dasz radę! Biegnij, bo ja nie
mogę!” Wtedy puściły mi wszystkie emocje, rozbeczałam się i
dostałam takiej mocy, że silniki odrzutowe to przy mnie pikuś. W
tej chwili pisząc to mam oczy na mokrym miejscu. Dziękuję Ci,
kimkolwiek jesteś, uratowałaś mój maraton. Dalsza część trasy
była katorgą. 30 kilometrów i równo 4 godziny. Uspokoiłam się,
wiedziałam, że na te ostatnie 12 mam jeszcze dwie godziny, ale było
naprawdę ciężko. Najgorzej czułam się między 32 a 35
kilometrem. Ciągle w palącym słońcu, ani skrawka cienia, było
strasznie. I ani jednego człowieka przy drodze, tak żeby wspomóc
się chociaż dopingiem innych. Aż tu nagle z maleńkich,
zakratowanych okienek więzienia przy Kleczkowskiej usłyszeliśmy
„No dawajcie! Czekają na was na mecie!” Jeszcze kawałek,
jeszcze trochę i już jesteśmy na Pola. Mała uliczka domów, z
których większość mieszkańców wyszła, żeby dodać otuchy.
Część z nich wywlokła na ulicę szlauchy i w tej zbawiennej
mgiełce wody poczułam się jak nowo narodzona. Na chwilę
zapomniałam o tym, jak bardzo bolą mięśnie, jak jest gorąco, że
znów odezwała się ta cholerna kontuzja i boli mnie cała prawa
noga, a kolano szczególnie, że bąble na prawej stopie nie dają
spokoju. Na 37 kilometrze kolejna niespodzianka. „Tu punkt
wsparcia z 37 kilometra, jesteśmy tu z Wami i dla Was od 10, już
niedaleko, dacie radę” rozlegało się na całą ulicę z
głośników. Biegliśmy dalej. Wiedziałam, że teraz się nie
poddam, że już tak niewiele mi zostało. Najgorsze chwile to te,
kiedy z marszu musiałam znów zacząć biec. Powoli bo powoli, ale
musiałam. Wiedziałam, że spacerkiem to ja mety nie osiągnę.
Ostatni koszmarny moment zaczął się od Kromera. Ale spojrzałam w
okna kolegi Piotra, z którym to rok temu założyłam się, że
przebiegnę maraton, i stwierdziłam, że o nieee, nie dam mu wygrać.
Kolejny kilometr i jeszcze jeden. Na 40 punkt nawadniania. Zapytałam
przezornie pana, który wydawał wodę, która jest godzina. „Za
dwadzieścia trzecia” usłyszałam w odpowiedzi. Ojapierdolę,
wrzasnęła wewnętrzna Ruda. Dwadzieścia minut. A ja tu mam jeszcze
z półtora kilometra.

Obytoochudybykimocepiekielne. Ruszyłam z
kopyta. 41 kilometr, to już sama końcówka, tylko końcówka.
Oddychałam ciężko. I znów okazało się, że ludzie są
wspaniali. Dziewczyna biegnąca obok mnie rzuciła „No dawaj, to
już sam koniec”. Grupka ludzi obok zagrzewała do finiszu siebie,
a przy okazji mnie. No przecież dam radę. Już widać bramę
Stadionu. Trzymałam się mocno tempa, które narzuciła koleżanka
obok. Ja pierniczę, ostatni kilometr biegnę szybciej niż
poprzednich dziesięć, adrenalina uderza do głowy, serce łomocze,
brama „Do mety jeszcze 300 metrów” mówi napis, ostatnia prosta,
ludzie, krzyki, doping, brawa, biegnę już widać metę, dam radę,
rzut oka w prawo i widzę moją silną grupę wsparcia z Naczelnym
Kibicem oraz Sprawcą Całego Zamieszania
* na czele. Widzę Melii z
eMem i Małym Bąblem, śmieję się całą gębą i jest. META.
Zrobiłam to. Zmieściłam się w limicie. Ktoś wiesza mi medal na
szyi, ściskam go w garści i nie wierzę, jest cholera ciężki
jakby był z ołowiu, a może to ja po prostu jestem tak wykończona. Sprawca mnie odnajduje, przytula i już wiem, że teraz mogę
zemdleć. Ale nie zemdlałam. Odbieram gratulacje, uśmiechy od Grupy
Wsparcia, jestem szczęśliwa i półprzytomna. Daję się
zaprowadzić do zacienionej alejki, gdzie wprawni fizjoterapeuci
wygniatają zmasakrowanych maratończyków. Jestem potulna jak cielę
i równie inteligentna w tej chwili. Odpisuję na smsy, odbieram
telefony i gratulacje, daję się wymiętolić boskim dłoniom pań
masażystek i dopiero wtedy odżywam. Jeszcze rozmowy, losowanie
nagród, podróż do domu, ciągle nie mogę uwierzyć, że mi się
udało. Że w tym upale, że nieprzygotowana. W domu kładę się w
wannie, boli mnie wszystko ale uśmiech nie schodzi mi z twarzy.
Zalegam w łóżku i jest mi tak dobrze, poza tym, że boli mnie
wszystko.

A dziś rano budzę
się, wstaję z łóżka kwadrans i dociera do mnie. Jestem
maratończykiem. Zrobiłam coś, czego większość ludzi nie
potrafi.

Dawno temu, kiedy
jeszcze nie myślałam o maratonie Sprawca pokazał mi jeden film.
Dziś już wiem, że tak właśnie jest.

„Sometimes the
moments that challenge us the most define us.” Oraz

When
you cross that finish line
-no
matter how
slow, no
matter how fast – it will change your life forever”

Następny na
wiosnę.  

 

* Sprawco, dziękuję. Nie przebiegłabym tego maratonu bez Ciebie. No i przede wszystkim nigdy w życiu nie przyszłoby mi do łba, żeby się czegoś takiego podjąć. To wszystko Twoja wina! Znaczy tfu, zasługa. 

 

 

Pojutrze wystartuję w swoim pierwszym maratonie.
Szczerze? Chyba w życiu niczego tak się nie bałam. Na samą myśl serce łomocze mi jak ogłupiałe. Kiedy się zapisywałam, wiedziałam od razu, że to będzie najważniejszy dla mnie cel w tym roku. I tak jest. Boję się. Nie wiem co zrobi moje ciało, nie wiem co zrobi moja głowa.
Trzymajcie kciuki
O mały figiel nie zasypiam na trening. Wyczłapuję się z łóżka, ze świadomością, że moje mięśnie są zastane, ledwo dychają i nienawidzą mnie za ostatni tydzień stresu, jedzenia byle czego byle jak i w ilościach przemysłowych, za piwo w środę, wódkę i pizzę w piątek i wiadro lodów w sobotę. Do tego wstępuję w Morze Czerwone, w związku z czym moje insygnia kobiecości fundują mi rozpierdol. Pół śpiąc wlokę się na drugi koniec miasta z uśmiechem na dziobie, bo lubię te niedzielne treningi. Dziś program przewiduje 8 km. Trenerka zapowiada, że dziś "Dzień Świra". Automatycznie cała banda się uśmiecha, naszą rozgrzewkę podziwiają inni trenerzy, bo faktycznie skaczemy jak popierdoleni rechocząc. 
Nagle oczom mym ukazał się (las) kolega S. Gdy ostatnio go widziałam był łysy, a ja ruda i długowłosa. Spotkaliśmy się przypadkiem na przejściu dla pieszych koło mojej starej pracy. Teraz on jest długowłosym blondynem a ja krótkowłosą brunetką. Robi mi się troszkę sentymentalnie, bo zapamiętałam go niższego. Swego czasu łączyła nas przelotna znajomość, z naciskiem na "przelotna". Ekscesy, które wyprawialiśmy, a głównie moje wrzaski komentowało całe trzecie piętro akademika. Byłam młoda, głupia i dużo brzydsza. I robi mi sie fajnie, bo widzę, że zauważył. A ta mała wredna sucz, która we mnie siedzi cieszy się podwójnie, bo panna, dla której (z klasą i po męsku, nie mogę się czepiać) mnie puścił kantem aktualnie jest szersza niż wyższa, rozlazła się i zbrzydła. Coś czuję, że jeszcze pogadamy. Póki co wymieniamy się uśmiechami na trasie.
Trasa. Źle mi się biegnie, dają się we znaki wczorajsze przysiady, mięśnie zadu wyją. Na każdym z peirwszych trzech kilometrów urywam prawie minutę, co wprawia mnie w lekki szok. Stwierdzam, że dziś aktualnie w dupie mam całe to moje pierdolenie o słuchaniu swojego ogranizmu bla bla pitu pitu. Dziś ci skurwielu nie daruję. Na szósstym kilometrze chwilowy kryzys absolutny na maleńskim podbiegu. Ale co mi tam, przecież jeszcze tylko dwa. Kończę dystans ledwie żywa znów z uśmiechem na gębie.
Samą mnie w szok wprawia, że po uspokojeniu rozlatanego serca, rozciągnięciu zmalretowanego ciała mam w cholerę energii na przebieżki. Niby nic, bo co to jest trzy razy po jakieś może ze czterdzieści metrów. Ale rozwijam się. I to mnie cieszy.
W domu robię obiad, bo to już właściwie obiad, padam na pysk i zbieram siły. Popołudnie i wieczór zapowiadają się co najmniej tak bosko jak ranek. Czyżbym miała polubić niedziele?
Czuję, że żyję, gdy zmęczona, spocona i zziajana schodzę z sześciokilometrowej trasy. Dwa tygodnie przerwy, to niby nic, ale jednak dużo. Nie biegam lepiej, czy szybciej. Tylko mniej więcej tak samo jak wcześniej. Ale i tak jestem z siebie dumna. Uczę się nie przejmować się tymi, którzy jak wystrzeleni z procy mijają mnie na starcie. Dobrze wiem, że za trzy kilometry będą podziwiać moje plecy. Tak, czuję się lepsza niż oni. Wolno mi. Bo ja biegnę. Od startu do mety. Nie zatrzymuję się ani na sekundę, nie przechodzę do marszu. Biegnę. W końcu o to chodzi, prawda? O to, żeby po zejściu z trasy móc sobie powiedzieć, że super było, dałam radę, właściwie z luzem i że to zmęczenie jest boskie. Zamiast na trasie sześć razy dochodzić do wniosku, że nie, więcej nie pobiegnę. 
Dzień później czuję się bosko. Owszem bolą mnie mięśnie. Ale inaczej. Bolą mnie z wdzięcznością, że im nie odpuszczam. Trenerka wyznaje tę samą filozofię, wiem, że się dogadamy, polubimy. Słucham siebie. Uważnie, jak nigdy dotąd. Mówię sobie same ważne rzeczy. Szepczę sobie do ucha sekrety o tym jak bardzo i że. Głaszczę się po głowie, gdy płaczę w poduszkę. Tak, ja też czasem płaczę i czasem wcale nie jest mi tak dobrze jak jest.
Znajduję siły w sobie. Tego też się uczę. Poczucia bezpieczeństwa, sił i motywacji nie dam nikt poza mną. Szukam ich w sobie. Szukam bardzo mocno i zawsze znajduję. Gdy boli, piecze, gdy marzę tylko o tym,  żeby ktoś się mną zajął. Zawsze tego kogoś znajduję. To ja. Witaj. Nie becz, przecież nie ma powodu. Jutro będzie lepiej, przecież wiesz. No już. Uspokój się. Proszę, to twoja ulubiona herbata. Już lepiej? Lepiej. Zawsze. Idź spać, przykryj się dobrze, bo mi zmarzmiesz, uchyliłam ci okno. Jutro będzie lepiej. A nawet jeśli nie, to przecież zawsze masz mnie.
Schizofreniczka.

No bo.

1 komentarz
Dawno dawno temu, za górami, za lasami i jeszcze za rzeką i torami i koło konia stał sobie zamek. Zamek był w sumie całkiem nowy, ale z lekka sie rozlatał. W zamku onym mieszkała królewna. Królewna się nie mogła zebrać do tego, żeby porządnie zająć się zamkiem. Prowizorka to w końcu najtrwalsza rzecz na świecie. Aż w końcu w skrócie mówiąc wkurwiła sie i posprzątała w garderobie. Nooo minus jedna szafa, do której kolanem wepchnęła wszystko to, co wywaliła z innych półek. To był krok pierwszy. 
Później był remont. Usuwanie wilgoci i malowanie w dwóch pokojach i sufit trzeciego i jeszcze paaanie kurwa tu przy schodach, ło i tu, i tu, zajebaliście mi schody wy fiuty, jak ja nienawidzę remontów, przeciez jakoś muszę pracować. Naswet kot w gipsie był plus wszystko absolutnie. Wprowadzę się może do wanny. Ostatecznie wanna też była w gipsie. Wreszcie nastał ten dzień. Poszli se w pizdu. I zostawili. Rozpierdol, pył i gips.
Królewna se siadła na środku, przygarnęła kota w gipsie i rozbeczała się z rozpaczy w przerwach łkania ciskając na prawo i lewo soczystymi kurwami. I jak to zawsze w beznadziejnych sytuacjach, gdy królewny już są prawie na wykończeniu, zjawia się dobra wróżka pod postacią Królowej Matki. 
Królowa Matka przyjechała w sobotę. Zastała królewnę na kanapie, z lekka skacowaną, zmęczoną i przysypaną gipsem (w sumie dobrze, że nie wapnem, co nei?). I jak na królową przystało, machnęła różdżką, przyodziała się w bojówki, tiszert i nakazała uczynić podobnie królewnie. A następnie wpadły obie w szał. 
Królewna bezlitośnie wyrzucała, plądrowała szafy, szafki i szafeczki oraz szuflady i przyległości. Wraz z Królową Matką wynosiły, wyrzucały wielkie wory, rozklekotane sprzęty z komnat, pucowały, szorowały aż…
Wtem jeb dup, królewnie półka świetlna w kuchni się urwała i spadła na łeb. Ale nic to. Półkę się sklei. 
Nadszedł czas, by zagospodarować jakoś ogołocone komnaty.  Zaprzęgły zatem damy rumaki do karocy i pognały co koń wyskoczy do szwedzkiej mekki turystycznej dla poddanych. Pomijając szczegóły, wróciły do zamku na raty. Obładowane jak indyjskie bawoły. I dawaj, wnosić to wszystko po krętych schodkach do komnat. Wniesły i padły. 
A następnie wstały i zasuwały dalej. I znów pojechały do mekki, a później tam, gdzie idiotów nie wpuszczają. I jeszcze tu i tam, kurwa mać mam dość. Jak można lubić zakupy?
Minęły dwa dni dzikiego wywalania, odgruzowywania, sprzątania, odkurzania, mycia, skręcania, wynoszenia, wnoszenia, szorowania, tłuczenia młotkiem i cholera wie czego jeszcze. 
W poniedziałek nie mogłam wstać z łóżka.
Ale mam dom. Wreszcie. Nie "mieszkanie". Dom. Moje miejsce na ziemi. I z tej okazji chyba pójdę se powyć.
Nic to. Tydzień leci. Jak wściekły. Praca, dom, fitness, dom, praca, znów fitness, kurwa nie mam kiedy biegać, przyjedź, to jadę. Jest mi dobrze, wszystko się układa, nawet problemy są jakby łatwiejsze do rozwiązania, ciągle mam za dużo do zrobienia, ale przecież dam radę. Lubię i chcę tak. 
No to jutro zaczynamy od 12. Wstaję rano, wciągam biegowe gacie, w których mój zad wygląda jak szynka, sznuruję buty, zakładam słuchawki i wychodzę. Pada deszcz, lubię biegać w deszczu. Za mocne tempo, za długa przerwa, mięśnie obolałe po fitnessach. Wszystko robi swoje. Po niecałych dwóch kilometrach płuca mówią NIE. Stanowcze. Wszystkie metody uspokajania oddechu zawodzą. Mam w oczach łzy. No bo dlaczego kurwa, czemu mi to robisz, przecież wiem, że mogę. Nic to. Koniec. Do domu, ledwotruchtem. Zmęczona, przybita. Cały dzień pod znakiem. Boli mnie każda część ciała. Włącza mi się Jęczybuła. No bo po cholerę mam się męczyć. Pieprzę to, nie chcę już, w dupie mam maraton i jebie mnie to, czy będę nosić mini. 
I myśl o niedzieli mnie dobija. Sprawdzian na sześć kilometrów. Brzmi absolutnie nierealnie. Biegałam dziesiątki owszem. I co z tego? Nic nie ma sensu. B. biega jak maszyna. nawet jeśli jeszcze nie do końca naoliwiona to i tak zazdrość mnie zżera. Cholernie cieszą wyniki, ale. No bo kurwa dlaczego ja nie mogę? 
Znajduję sobie drobiazgi. Świeżo wyprane dżinsy wciągnięte na tyłek zjeżdżają. Przecież w przyszłym tygodniu już nic mnie nie będzie bolało. Przecież wiem, że warto. No przecież dam radę. Bez sensu by było, gdyby miało być inaczej.
Trzy dni piszę ten tekst. Trzy dni wypluwam z siebie słowa. Może za dużo i za dobrze dzieje się. Może za szybko. Mieszczę się w stu sześćdziesięciu znakach, by powiedzieć, że. Ale czasem jednak muszę.
Najciekawsze jest to, że nosi mnie, wodzi mnie. Ciągle. Nigdy wcześniej nie miałam tyle energii. Wstaję rano, uśmiechnięta, cały dzień na najwyższych obrotach i ciągle jest mi dobrze i ciągle mam ten cholerny power. Oby tak dalej.
O. Właśnie. I już działa. Tak, boli mnie, więcej powiem, nakurwia mnie wszystko. WSZYSTKO. Każda część ciała. To co? To idę na fitness. Albo na dwa. No bo przecież. 
Prawda?
Chciałam, zanosiłam modły to mam. Ale ponieważ ciągle się boję, to o tym następną razą. Dziś natomiast, Kochani Czytelnicy, podzielę się z Wami historią o tym jak to Ruda padła ze szczęścia.
Z moim bieganiem bywa różnie, ale ogólnie jest fajnie. Od pierwszego razu to pokochałam i kocham do dziś. Ostatnio podjęłam ten ów krok i zapisałam się na Maraton Wrocławski. No i doszłam do wniosku, że trza się wziąć za się porządnie.
Postanowiłam wreszcie zrobić jakiś porządny dystans. Jedenaście kilometrów. Jeszcze dwa, trzy miesiące temu było to dla mnie równie realne co maraton. A wczoraj dałam radę. Jesusie świebodziński, jaka byłam szczęśliwa schodząc z trasy z jedenastoma kilometrami w nogach. Dałam radę. Przebiegłam je wolno, ale udało mi się. W dodatku z wichurą w twarz i po błocku. Po powrocie do domu nadawałam się cała wyłącznie do pralki, ale uczucie zapamiętam na zawsze.
Już ją mam. Moją pierwszą jedenastkę. 
Byłam pewna, że dziś będę wyglądać o tak: A tu o proszę. Owszem bolą mnie mięśnie. Ale to pikuś. Myślałam, że szlag mi trafi kolana, o które bałam się najbardziej. Przecież dokuczały mi już nie raz. Okazuje się, że nic z tego. Po prostu miałam za słabe mięśnie i za dużo tłuszczu na dupie. 
Jeszcze miesiąc, dwa i będę te dychy robić w dużo krótszym czasie. Jeszcze zobaczycie!
Czasem? Tu wstaw wizualizację spojrzenia z politowaniem, połączonego z pogardliwym prychnięciem. Setki razy miałam chęć pieprznąć to wszystko w cholerę. I plan przebiegnięcia maratonu, i wyrzeźbienia zadu i pozbycia się ud w stylu Alberto Tomby. I Weidera. O ile łatwiej i milej się leży na kanapie przed telewizorem z pudłem ptasiego mleczka na rosnącym brzuchu. Ej no, dopiero pisałaś, że ten wysiłek fizyczny to taki przyjemny i w ogóle. To co tu teraz pitolisz, głupia babo. Sama sobie przeczysz. 
Otóż nie. Sam w sobie wysiłek jest przeboski i tej wersji będę się trzymać zębami i pazurami bronić jak niepodległości. Gorzej jest z tym, że jeśli cokolwiek chce się osiągnąć to potrzeba jeszcze w kurwę mobilizacji, motywacji, systematyczności. Paradoksalnie, bieganie w tym pomaga. W zbieraniu się do biegania pomaga bieganie. Im dłużej tym łatwiej, ale tak, mam wątpliwości. Codziennie. Nie dopuszczam ich do świadomości, wiem, że wszystko będzie wspaniale, bo przecież już jest dobrze. Chciałoby się po prostu łatwiej. Ale.
Ciągle coś. A to kolano mi nawala,a  to pluca, a to coś se obtłukę. A teraz jeszcze mi z sufitu ciecze. Do pizgnięcia w kąt wszystkiego powodów mam milion.
Do nie pizgnięcia jeden.
Bo chcę.
Nic co wartościowe nie przychodzi łatwo. I to mnie trzyma w całości. Pewnie, że się boję, że się nie uda. A przecież ja nie przegrywam, nie? Boję się jak cholera. Ale chrzanię to. 
Wzięły mi się i połamały paznokcie. Nosz szlag by to.  Też tak macie, że jak się zabierzecie wreszcie za te wszystkie manikiury, odzywki i inne dziadostwo to nagle kurwa łamią się te szpony jak zapałki? Denerwujące to z lekka.
A co robicie w Sylwestra?
Co wy s tym seksem, to ja już nie wiem no… Najpierw o czym innym. Dawno dawno temu, czyli o 6 rano wylazło z łóżka wymęczone dziewdzę, odziało się i wyszło z domu biegać. I pobiegło. I jak już było zajebiście. Jak już się biegło owemu dziewczu cudownie lekko, spokojnie i zajebiście. To dziewczu temu jebło kolano.I musiało iśc grzecznie do domu. Dziewczę w sensie, nie kolano. Acz kolano jakby siłą rzeczy takoż. Ale wersja minimum zrobiona. 35 minut. Co więcej. Kolano na 24 minucie dało o sobie lekko znać. Dziewczę się podkurwiło, bo wiedziało już co to znaczy, a że rozsądne to wiedziało, że zaraz  koniec i tyle z wafla. Gdy wtem. Na ścieżce w parku pojawił się pan o wyglądzie sympatycznym acz z lekka żulowatym. I jak nie rzuci w stronę dziewczęcia na całe gardło "REWELACJA!" Dziewczu się włączyło myślenie, że o czym ów pan, że rewelacja bo chyba JESZCZE nie o dziewczu, skoro zasapane i padnięte. A pan dalej rzecze "Wspaniale biegasz, a możesz się zatrzymać?"  - na co dziewczę grzecznie odrzekło że nie bałdzo. Na co pan zapytał czy w maratonach startuje. I z szerokim uśmiechem walnął "Będę obserwował!" Zastanowiło się dziewczę nad tym, czy pan ją śledzić ma zamiar, czy może bywa o 6 rano w parku dzień w dzień. Ale podbudowało jak cholera. Wkurw i psychiczny ból spowodowany bólem fizycznym w kolanie znikły jak kamfora. I żyli długo i szczęśliwie czy coś.
(Tak to jest oficjalna relacja z biegania jaką zdaję przed moim osobistym runnazi). O seksie nie będzie. Kto czytał, ten przeczytał i już. 

Łap oddech

1 komentarz
Patrzę na swoje czerwone paznokcie i myślę. Snują się znów słowa po mnie, tylko łapać i na sznurki nawlekać. Odzyskałam spokój. 
W sobotę przetruchtałam godzinę, a poczułam się jakbym przebiegła maraton. W niedzielę przeskakałam pół godziny po śniegu. Z sercem oszalałym, nie wiem czy z euforii, czy wysiłku. Zima jest piękna. Biega mi się lekko i cudownie. A tak się bałam. Łomotało mi serce jak durne, gdy wychodziłam na trasę pierwszy raz po miesiącu przerwy. Nigdy nie byłam tak przestraszona i jednocześnie tak skupiona na sobie. Nic nie boli. Cudownie. Uspokój się. Oddech. I jazda. Wróciłam. Bez fanfar właściwie, tak zwyczajnie. Jakbym robiła to od lat. I to jest moje pierwsze zwycięstwo. To, że nie pieprznęłam w kąt biegania, gdy okazało się, że przez dłuższy czas nie mogę tego robić. (Prawdopodobnie niejaki wpływ na tę decyzję miało sakramentalne "Skopię Ci dupę, jak sobie odpuścisz" wypowiedziane przez my own runnazi B.). Wygrałam ze sobą samą. Pierwszy raz. I jest mi z tym wspaniale. 
Czerwony lakier na paznokciach poprawia nastrój. Nowa kiecka też. Jutro pełnia. I sabat. Zęby jadowe mi rosną, ale zdążyłam już je polubić. Znów się zmieniam. Jestem formą dynamiczną jak nigdy dotąd. Samodzielną. Pełną. A będzie jeszcze lepiej. 
Czytam sobie Poważnego.  Czytam sobie i wiem. Mam pewność. Stu procentową. We wrześniu napiszę podobną notkę. 
Padłam jakby. W niedzielę wieczorem było jeszcze całkiem nieźle. Po południu było bosko. Biegałam z gracją osiodłanej krowy po torze, plus piętnaście, zielono, raj. Kolana odezwały się dopiero w pięćdziesiątej minucie, więc nawet się nie wkurzyłam specjalnie. Miły dzień, jak nienawidzę niedziel, tak fajnie było. 
W poniedziałek rano się rozchyrlałam. Nie przejęłam się specjalnie, bo chyrlam z małymi przerwami od jakichś ośmiu lat. Koło południa chyrlałam już z przerwami zaledwie pięciominutowymi. O 13.30 byłam już umówiona do lekarza na 19. Dotrwałam do 16. Przejście dwustu metrów wywoływało u mnie zadyszkę jak u emeryta. Uczucie słonia na cyckach też nie było najfajniejsze. Ogólnie wylądowałam o 19 u lekarza. Lekarz nie wie co mi jest. Skierowanie na osiemnaście badań. I zobaczymy. Spoko.
We wtorek rano wylazłam biegać. No przecież byle chyrlanie mnie nie powstrzyma. Padłam po 30 minutach. O dziwo na kolana a nie na chyrlanie. Wróciłam grzecznie do domu i zdechłam. Osłabiło mnie tak, że pójście po herbatę do kuchni było wyczynem. I tak cały wtorek. 
W środę stwierdziłam, że pierdolę to. Ani się nie czułam zdrowa, ani chora. Ogarnęłam chatę. Zacisnęłam zęby i stwierdziłam, że jeden dzień użalania się nad sobą zdecydowanie wystarczy. Polazłam do apteki, wykupiłam połowę specyfików na zatoki i chyrlanie, oraz amol do stosowania wedle zaleceń Mel. Wróciłam, sztachnęłam się amolem i od razu mi się zrobiło lepiej. Zeżarłam piguły i otworzyłam wino, cichcem nabyte po drodze z apteki. Wypiłam wino i padłam spać.
Czwartek.
Punkt piąta ze snu wyrwały mnie wojskowe trąbki z Superbudzika (swoją droga dzieło kolegi). Otworzyłam oczy, wyłączyłam wojsko, wstałam, wciągnęłam gacie, wiatrołap i buty do biegania i wylazłam z domu.
To był mój pierwszy orgazm z bieganiem. Nagle się okazało, że jakby samo mi się biegnie. Że jakby powtarzanie sobie w kółko o piętach, kolanach i plecach przyniosło efekt i już nie muszę. Że tętno mi się samo reguluje. Jakby mój cholerny, wredny i upierdliwy organizm (no, a jaki ma być, jak mój?) dał wreszcie za wygraną, jakby dotarło do niego, że nie odpuszczę i lepiej będzie jak się dostosuje. I się dostosował. Sześćdziesiąt minut idealnie wyrównanego truchtu. Totalna nirwana i uczucie oderwania się od ziemi. Chyba dopiero teraz zaczynam łapać o co chodzi tym biegającym, którzy mówią o. 
Nie będę pisać więcej. Kto biega, ten wie, kto nie biega, nie dowie się nigdy. Co by nie powiedzieć. Wróciłam do życia.