Z kozami to jest tak, że na pochyłe drzewo i gdyby nie to by. To tak tytułem wstępu. Poszłam ci ja byłam dziś z nogą na badanie polegające na przesuwaniu czyś co wygląda jak depilator po pomazianym zimnym żelem odnóżu. Szerszej publiczności znane jest ono jako USG. Ze strachem poszłam, ale i z ogromnymi nadziejami. Bo przecież mnie kopyto nie boli. Raz na jakiś czas się odezwie w kolanie i tyle. Już byłam w ogródku już witałam się z kozą, już wywlekałam rajtuzy biegowe. No i dupa. Mięśnie w porządku, jakieś "echa o cechach zwłóknień", ale nic specjalnego. Za to okazało się proszpaństwa, że torebka stawowa uszkodzona. Zabolało. Jak cholera, bo wizja powrotu do biegania odsuwa się znów do niewiadomokiedy. Serce mi mówi, chrzań to mała, pieprzyć kontuzje, na pewno nic ci nie jest, przecież odpoczywasz i już tak bardzo chcesz biegać, to biegnij. A rozsądek, zazwyczaj szczątkowy oraz narząd w zaniku odzywa się z pytaniem, czy chcę wystartować w Krakowie i czy chcę nadal szpilki nosić i czy chcę sobie zrobić większą krzywdę? Ano chcę, chcę i bardzo nie chcę. Zatem nie będę szukac rajtuzów biegowcyh w czeluściach szafy. Za to czeka mnie kolejna wizyta u dochtora, który zarządzi co dalej.
Tak naprawdę gdzieś z tyłu głowy krążyła mi myśl, co będzie gdy się okaże, że jednak coś jest nadal nie halo. I nie wiem. Świat się nie zawali, po prostu muszę w nogę zainwestować jeszcze więcej czasu i pieniędzy. Zabolało. Ale to nie pierwszy raz. Już wiem, jak sobie z tym poradzić.
Chociaż tak naprawdę dziś chcę tylko się nad sobą poużalać. I żeby mnie ktoś przytulił.