Angina anginą, ale kurna ile można. Postanowiłam, przy wydatnej pomocy Szanownej Rodzicielki, zwanej również Mam, się wziąć i spionizować po tym tygodniu zalegania. Sukces pełen. Rodzicielka przyjechała i wzięła się za mietłę, a że mię głupio było wtenczas leżeć to sama się wzięłam za szmaty i wypucowałam łazienkę na wysoki połysk. I tak jakoś wyszło, że wyszorowałyśmy chałupę. Następny krok jaki Mam podjęła to było wywleczenie mnie na dwór. Poszłyśmy na spacer. I do sklepu. A jak wróciłyśmy to z lekka padłam ale co tam. 
Dziś za to kolejny sukces. Chałupę dosprzątałyśmy, balkony ogarnęłyśmy, kolejny spacer zaliczony, frezje zakupione i pachną. Omatkomojaicórko jak pachną…
Stwierdziłam, że najwyższa pora na zabranie się za swoją kondycję oraz zad i wybrałam się biegać. O tu. Ogólnie ludziów jak mrówków, bo to jedyny teren zielony szeroko daleko. Tor ma trochę ponad dwa kilometry z czego połowę przebiegłam, połowę przemaszerowałam i jestem z siebie tak dumna, że aż padam na nos. Jak na kondycję w dupie, kurację antybiotykami i tydzień leżenia plackiem z gorączką – NIEŹLE. 
Mam taki ambitny plan, żeby na ślubie Mel nie wyglądać jak trzydrzwiowa szafa gdańska…
A w ogóle biegając po torze dla kuni z innymi ludziami czuję się jak Łysek z pokładu Idy czy inna nasza szkapa wśród czystej krwi Arabów. Ja wam jeszcze pokażę!
Tymczasem dojrzewam do tego, żeby z mojego prywatnego dziwactwa zrobić jakiś szerszy projekt… Trzymajcie kciuki.
Wracam do żywych.