ruda-blondynka

Twój nowy blog

Wpisy z tagiem: domowy-front

Borzesz jakaż zmęczonaż jestemż…
Ale może po kolei. Siedzimy sobie dziś z ukochanymi współpracownikami na podwóreczku przy fontanience, gdy WTEM:
- Ruda Blondynko, czy ja mogę zadać ci zajebiście osobiste pytanie?
No masz, myślę, wydało się… Zaraz zapyta mnie ile ważę, albo o skrywane preferencje seksualne, albo o tę trójkę nieślubnych dzieci…
- Możesz – mówię, bo co mi zostało, skoro i tak już wie…
- Czy tobie się zdarzyło dwa razy przyjść do pracy w tych samych ciuchach?
No fakt, zajebiście osobiste. Na co drugi kolega rzecze, spojrzawszy na mnie z ukosa:
- Nieee no, w tym to ja ją już raz widziałeeem…
Przywlókłszy się do dom po pracy w stanie lekko przydeptanym znalazłam w skrzynce awizo. Zdziwiłam się z lekka ujrzawszy nazwisko Kwiatek Donaty figurujące nad moim adresem. Kwiatek Donaty nie ukrywam w szafie. W ogóle poza sobą, to z żywych stałych mieszkańców odnotowałam jeszcze kota. Może Kwiatek Donata to jego artystyczny pseudonim, a tamże na poczcie czeka milionowy kontrakt w liście poleconym. Pomyślałam i pojechać postanowiłam sprawę zbadać. Swoją drogą Kwiatek Donata skojarzyła mi się automatycznie z Kopiec Arletą… 

Wywlokłam żółtą strzałę z garażu i radośnie popedałowałam na pocztę. A może to sukienka moja zamówiona, pomyślałam, leży tam samotna na poczcie i czeka na mnie…

Na pocztę dojechałam zdechnięta jeszcze bardziej, ale co tam. Odstałam swoje w ogonku pod klimatyzatorem (o błogosławiona technologio) po to tylko, by dowiedzieć się, że wszystkie trzy listy polecone wysłane na mój adres są dla Kwiatek Donaty. Ponieważ w moim dowodzie osobistym stoi zupełnie co innego niż Kwiatek Donata mnąc kurwy w ust koralach zawinęłam się i pojechałam nazad do dom. Po drodze wpadł mi do głowy pomysł iście szatański – koktajlu umerdam. Zajechałam z fasonem pod warzywniak. Zamknięty. Bo przecież czynny do 19, a było już za dwadzieścia… Nic to, pomyślałam, przecież są tuż obok świetnie wyposażone delikatesy. Mrożonych truskawek znajdzie się na pewno. Nie znalazły się. Co więcej, owoców nadających się do przerobienia na koktajl nie znalazłam w  ogóle żadnych. W rozpaczy nabyłam kilo fasoli i francę przerobię. 
I jakiś wór owoców mrożonych – mix sałatkowy. Cokolwiek to jest, przerobię na koktajl.
Wlokąc po ziemi nos, załamana brakiem owoców i sukienki złapałam, przysięgam nieświadomie, dwa hainekeny. 

Wróciłam do domu, zniesmaczona, spocona jak mysz, ale dzielna,

Dzielna ja dziewczynka. Na koniec jeszcze dopompowałam sobie kółka w żółtej strzale. SAMA. Jak na nieporadną kobietkę, która ostatni raz pompowała kółka w Jubilacie w dziewięćdziesiątym czwartym, to wyczyn.
Ach jakie ja mam fascynujące życie.
* Kto wie, ten zrozumie. Kto nie wie, niech se wygugla.

Miałam plan ambitny wreszcie o pracy napisać… Ale dzieją się rzeczy tak ważne, że o pracy zaś. Mianowicie M. znany w kręgach jako Narzeczący postanowił się odchudzić. Jak się poznalim to  do szczypiorów nie należał, ale i do kafarów nie… Minęło kilka lat. Po świętach M. postanowił na wagę wleźć. Wlazł był i zamarł.. Od dłuższego czasu nawet wobec koszul opinających się na brzuchu (na pewno się skurczyła), albo dwóch par portek rozerwanych przy wsiadaniu do samochodu (stare były, materiał się już przetarł), albo wyłaniania się z auta niczym mors z odmętów, twierdził był M., że przecież nie jest gruby. 

Najpiękniejsze twierdzenie z tego okresu: "ja nie jestem gruby, ja tylko mam brzuch". No owszem miał. Jak baba w dziewiątym miesiącu ciąży mnogiej…

Minęły święta i sylwester – dwa tygodnie żarcia i picia do upadłego. 
M. wlazł na wagę i zamarł. Pokazała taki wynik, że każdy by zamarł. Ja zamieram jak widzę 30 kilo mniej… A sama należę do kobiet raczej słusznej postury… 

No i zaczęło się. DIETA DIETA DIETA JUŻ. matko buzka i kurwa po stokroć… Reżim gorszy niż w armii. racje żywieniowe jeszcze mniejsze…W sumie nie narzekam, nie? Tylko korzystać. No i zjechałam już na reżimie 5 kilo. Gorzej, że M. 6 and counting…To chyba największa porażka roku będzie jak on schudnie a ja nie… 

Poza tym, panie dziejku, świat się kończy M. chce biegać… Chyba nie chcę wiosny…

Kto to jest w ogóle i co zrobił z moim chłopem?

Dobra kurde

Brak komentarzy

Popsuli mi się różyczki na topie. Znaczy się wzięli i obramowali na szaro. Do tego popsuli mi się zatoki. W związku z tym kapie mię z nosa. Siedzę sobie w pracy, kapie mi z nosa na biureczko, rozsiewam wirusy… Nic to, że mogłam w domu siedzieć i zrobić dokładnie to samo. Mogłam leżeć w łóżku, pod kołderką i się kurować. A za oknem leje, wieje i do domu daleko.

W związku z tym zastanawiam się co na obiad. Zupy bym zjadła jakiejś. Może ogórkowa? Miałam robić ostatnio i nic z tego nie wyszło… Za to mam od wczoraj w domu pudło batonów musli. W sensie z musli posklejanego czekoladą. A to musli to głównie banany. Czy mogę zagryźć ogórkową bananowym musli? (Nie, nie jestem w ciąży).

Mam już przyciągnięta do domu. Wszystko ok, dziękuję uprzejnie za trzymanie kciuków.

 W związku z powyższym powywnętrzam się tu. Posprzątłam dziś chałupę. Całą. Caluteńką. A zaczęło się obiecująco. Narzeczący otworzył rano oczęta, zwlókł się z barłogu i rzekł "Sprzątamy dziś chatę". Niewątpliwie rzekł to w liczbie mnogiej. SPRZĄTAMY tak? Otóż nie. W swojej naiwności stwierdziłam, że skoro sprzątamy, to RAZEM. Zabrałam się ochoczo do działania. Zwlokłam pościel, wstawiłam pranie i wywaliłam poduchy i kołdrę na balkon, niech się wietrzą. Narzeczący ochoczo zabrał się do pomagania przy przerzuceniu materaca na drugą stronę i zaproponował, żeby może jednak wyprać też materacowe obleczenie. Zwlekliśmy je także. Łatwe to nie było bo materac ma dwa na dwa dwadzieścia. Później starłam kurze, umyłam drzwi, lampę w przedpokoju, kolejne drzwi. Narzeczący w tym czasie robił podejście do umycia kibla. Skońćzyło się na tym, że stwierdził, że ma to w dupie bo nie ma płynu ODPOWIEDNIEGO i nie ma gąbki. Gąbki w tym domu leżą od ponad roku, kiedy zasiedliliśmy lokal w tym samym miejscu. Cóż… Skończyło się na tym, że wkład Narzeczącego w sprzatanie skończył się na umyciu dwojga drzwi i poprawieniu zamków w owych drzwiach (były to drzwi od łazienki i toalety i nie działał ten dzyndzelek, który się przestawia, gdy zamyka się drzwi – w sensie, jak otwarte to biała kropka, jak zamknięte to czerwona – NIE WIEM JAK TO JAŚNIEJ NAPISAĆ, tak nie znam fachowego nazewnictwa). Do akcji sprzątania nie wliczam starcia kurzu z biurka, bo tego nie tykam się nigdy. 
Materac leży nadal w formie nieobleczonej, a to dlatego, że Narzeczący udał się do Przyjaciół, Którzy Kupili Mieszkanie W Bloku Obok (nie wiem jeszcze jak ich skrótowo nazwać) i pomaga w gładzeniu ścian. 
A ja się wywnętrzam. Bo blip zdechł. Jakby żył wywnętrzyłabym się w stu sześćdziesięciu znakach. 
Update:

Muszę zmienić styl pisania. Klikłam se z ciekawości w "Podobny blog" na szarej belce. I co? I pokazało mi "smutasyzpamietnika". Ja cież pierdziulę. Kocham życie, jest wspaniale och ach jestem optymistką i w ogóle.