ruda-blondynka

Twój nowy blog

Wpisy z tagiem: a-kiedy-seks

O mały figiel nie zasypiam na trening. Wyczłapuję się z łóżka, ze świadomością, że moje mięśnie są zastane, ledwo dychają i nienawidzą mnie za ostatni tydzień stresu, jedzenia byle czego byle jak i w ilościach przemysłowych, za piwo w środę, wódkę i pizzę w piątek i wiadro lodów w sobotę. Do tego wstępuję w Morze Czerwone, w związku z czym moje insygnia kobiecości fundują mi rozpierdol. Pół śpiąc wlokę się na drugi koniec miasta z uśmiechem na dziobie, bo lubię te niedzielne treningi. Dziś program przewiduje 8 km. Trenerka zapowiada, że dziś "Dzień Świra". Automatycznie cała banda się uśmiecha, naszą rozgrzewkę podziwiają inni trenerzy, bo faktycznie skaczemy jak popierdoleni rechocząc. 
Nagle oczom mym ukazał się (las) kolega S. Gdy ostatnio go widziałam był łysy, a ja ruda i długowłosa. Spotkaliśmy się przypadkiem na przejściu dla pieszych koło mojej starej pracy. Teraz on jest długowłosym blondynem a ja krótkowłosą brunetką. Robi mi się troszkę sentymentalnie, bo zapamiętałam go niższego. Swego czasu łączyła nas przelotna znajomość, z naciskiem na "przelotna". Ekscesy, które wyprawialiśmy, a głównie moje wrzaski komentowało całe trzecie piętro akademika. Byłam młoda, głupia i dużo brzydsza. I robi mi sie fajnie, bo widzę, że zauważył. A ta mała wredna sucz, która we mnie siedzi cieszy się podwójnie, bo panna, dla której (z klasą i po męsku, nie mogę się czepiać) mnie puścił kantem aktualnie jest szersza niż wyższa, rozlazła się i zbrzydła. Coś czuję, że jeszcze pogadamy. Póki co wymieniamy się uśmiechami na trasie.
Trasa. Źle mi się biegnie, dają się we znaki wczorajsze przysiady, mięśnie zadu wyją. Na każdym z peirwszych trzech kilometrów urywam prawie minutę, co wprawia mnie w lekki szok. Stwierdzam, że dziś aktualnie w dupie mam całe to moje pierdolenie o słuchaniu swojego ogranizmu bla bla pitu pitu. Dziś ci skurwielu nie daruję. Na szósstym kilometrze chwilowy kryzys absolutny na maleńskim podbiegu. Ale co mi tam, przecież jeszcze tylko dwa. Kończę dystans ledwie żywa znów z uśmiechem na gębie.
Samą mnie w szok wprawia, że po uspokojeniu rozlatanego serca, rozciągnięciu zmalretowanego ciała mam w cholerę energii na przebieżki. Niby nic, bo co to jest trzy razy po jakieś może ze czterdzieści metrów. Ale rozwijam się. I to mnie cieszy.
W domu robię obiad, bo to już właściwie obiad, padam na pysk i zbieram siły. Popołudnie i wieczór zapowiadają się co najmniej tak bosko jak ranek. Czyżbym miała polubić niedziele?
Co wy s tym seksem, to ja już nie wiem no… Najpierw o czym innym. Dawno dawno temu, czyli o 6 rano wylazło z łóżka wymęczone dziewdzę, odziało się i wyszło z domu biegać. I pobiegło. I jak już było zajebiście. Jak już się biegło owemu dziewczu cudownie lekko, spokojnie i zajebiście. To dziewczu temu jebło kolano.I musiało iśc grzecznie do domu. Dziewczę w sensie, nie kolano. Acz kolano jakby siłą rzeczy takoż. Ale wersja minimum zrobiona. 35 minut. Co więcej. Kolano na 24 minucie dało o sobie lekko znać. Dziewczę się podkurwiło, bo wiedziało już co to znaczy, a że rozsądne to wiedziało, że zaraz  koniec i tyle z wafla. Gdy wtem. Na ścieżce w parku pojawił się pan o wyglądzie sympatycznym acz z lekka żulowatym. I jak nie rzuci w stronę dziewczęcia na całe gardło "REWELACJA!" Dziewczu się włączyło myślenie, że o czym ów pan, że rewelacja bo chyba JESZCZE nie o dziewczu, skoro zasapane i padnięte. A pan dalej rzecze "Wspaniale biegasz, a możesz się zatrzymać?"  - na co dziewczę grzecznie odrzekło że nie bałdzo. Na co pan zapytał czy w maratonach startuje. I z szerokim uśmiechem walnął "Będę obserwował!" Zastanowiło się dziewczę nad tym, czy pan ją śledzić ma zamiar, czy może bywa o 6 rano w parku dzień w dzień. Ale podbudowało jak cholera. Wkurw i psychiczny ból spowodowany bólem fizycznym w kolanie znikły jak kamfora. I żyli długo i szczęśliwie czy coś.
(Tak to jest oficjalna relacja z biegania jaką zdaję przed moim osobistym runnazi). O seksie nie będzie. Kto czytał, ten przeczytał i już.