ruda-blondynka

Twój nowy blog
Często ze Sprawcą oraz kolegą Svenem szydzimy sobie z zapasionych panienek i panów, co im bojler zwisa z przodu. Nie raz już pisaliśmy, o tym jak to się usprawiedliwiają, byle tylko nie wziąć się za mordę i doprowadzić do ładu. Wielokrotnie bez litości punktowaliśmy słabości, żarcie byle jak, byle czego, w ilościach jak dla szkolnej stołówki. Wytykamy i wyśmiewamy laski w za małych biodrówkach, którym się znad paska wylewa brzuszysko, albo takie co, mając uda jak sekwoje, zasuwają w miniówach wżynających się w ciało i opinające zad do niemożliwości. Wytykamy palcami na ulicy facetów z lustrzycą (zwaną też miażdżycą jąder), trzema podbródkami, kolebiących się i wyglądających jak pączki z nóżkami. Jesteśmy cyniczni, bezlitośni i cholernie krytyczni. Tak. Zdecydowanie tak.
Pomyślałam sobie dziś jednak (machając trzydziestą długość na basenie), że cała nasza trójka wie, że nie jest to łatwe. Co więcej – to cholernie trudne. A nawet jeszcze bardziej. Chudnięcie, laszczenie się, budowanie kondycji – to wymaga bardzo mocnego charakteru. Trzeba mieć jaja jak buhaj, żeby w ogóle się tego podjąć. A ludzie tak generalnie to miętkie pizdusie (nie wszyscy, ale zasadnicza większość). Dobrze wiem ja, dobrze wie Sprawca i dobrze wie Sven jakie to trudne – wziąć się za siebie. Dieta, ćwiczenia, stabilizowanie wagi, budowanie kondycji czy kształtowanie mięśni – pory posiłków określone co do minuty, twarde zasady, długie godziny poświęcane na treningi. Nie jest łatwo wstać o 5.30 rano, żeby pójść popływać. Zwłaszcza jak za oknem ciemno i zimno. Nie jest łatwo trzymać się rygoru. 
Przerobiłam to. Odchudzam się od dziesięciu lat. Tłustą i pizdowatą nastolatką będąc, byłam też worem kompleksów, smutków i wyłącznie czarnych myśli (nikt mnie nie lubi, nikt mnie nie kocha, ptaki na mnie srają). I to sporym worem byłam, bo rozpędziłam się do ponad osiemdziesięciu kilo. Chudłam, tyłam, znów chudlam więcej, tyłam też więcej.  Przerobiłam wszystkie możliwe diety świata (najczęściej przez tydzień, bo później oczywiście nie, bo… – tu wstaw milion dowolnych powodów), trafiłam do dietetyka – wychudłam jakieś 10 kilo i tak zostało na kolejnych pięć lat. 
Aż w końcu poukładałam sobie we łbie. Tak, trochę to zajęło (jak komuś chce się przekopać archiwum bloga i powiedzieć mi, kiedy była ta magiczna chwila, to super, zapraszam), jeszcze nie do końca jest tak jak chcę, ale to tylko kwestia czasu. Dopiero kiedy ułożyłam sobie we łbie, postawiłam konkretne cele i realizuję je. Oczywiście – na przykład maraton się do tego bardzo przyczynił. Teraz już wiem, ile mogę. I odchudzam dupę między innymi po to. Dla biegania. Bo chcę robić lepsze czasy, a tego się nie da mając piętnaście nadprogramowych kilogramów tłuszczu na dupie. Robię to też dla wspinaczki, bo łatwiej wciągnąć na ścianę czy skałę 60 kilo niż 80. Odchudzam dupę też z próżności. Nigdy w życiu nie byłam laską, a teraz się staję. I tak, sprawia mi cholerną przyjemność jak ludzie się na mnie gapią ze szczękami w okolicach kolan (zwłaszcza ci, którzy mnie pamiętają tłustą i zblazowaną). Fajniej mi się robi ubraniowe zakupy (nadal ich nienawidzę, ale nienawidzę mniej), jak wiem, że zmieszczę zad w rozmiar 36 czy 38 zamiast 44. Bardziej mi się chce podmalować oko, czy przyczesać pudla na głowie, bo nagle cała oprawa tego odchudzonego zadu się liczy.
Bywa bardzo trudno, oczywiście. I niech bywa, teraz już mnie to nie przeraża. Wiem, że warto. A kiedy patrzę na Sprawcę, na jego determinację, na dążenie do maratonu, na to, ile go to kosztuje i jak wiele robi, by osiągnąć swój cel, dociera do mnie, że nie jestem sama i można. Wszystko jest w głowie. Ale bez jaj nie da się wylaszczyć. Głowa i jaja, pamiętajcie.
Nadal będę cyniczna, będę otwarcie krytykować grube, zaniedbane panny. Ludzie się zrobili strasznie rozleźli.  Może po prostu jest nam za łatwo? Jak trzeba było upolować antylopę, dopilnować ognia, przynieść wody w tykwie ze strumienia oddalonego o dzien drogi czy insze takie – i wszystko było sprawą życia albo śmierci to nikt się nad sobą nie użalał, nie zażerał smutków i stresów tylko brał dupę w troki i szedł przeżyć. Teraż przeżyć jest łatwo, więc do czego nam charakter? Mnie się przydaje i wiem, że można go wypracować. Ale pewnie większości i tak się nie będzie chciało. To dobrze, będę miała o kim pisać szydercze teksty.
Zostałam już oficjalnie drugą częścią mojej wieloletniej blogowej nazwy. Blondynką znaczy. Sprawca określa moje włosy jako maczane w jajach i na końcówkach ma rację (spróbujcie se wyprać rudy pigment, mhm) ale generalnie na reszcie jestem popielatą elfią blondynką. Nagle okazało się, że mam całkiem dziewczęcą urodę, nie wyglądam na swoje lata i w ogóle mniodzio. No ciekawam, czy będzie mi lepiej w życiu, podobno blondynkom lepiej…
Oraz nastał dzień, w którym powróciłam do aktywności fizycznej. Niestety jeszcze nie do biegania. Na początek coś mniej obciążającego. Pływanie znaczy. Półtora kilometra przemachane od rana nastroiło mnie na cały dzień tak, że żaden stres, żaden upierdliwy klient, żaden pożar w burdelu, żadne kryzysy, NIC mnie nie ruszy. Chodzę z wielkim uśmiechem na gębie, suszę zęby, jestem miła i wspaniałomyślna. Szefowie postanowili przedyskutować pomysł dofinansowania mi codziennego basenu jeśli TAK ma działać. To by oznaczało, że jednak jestem wredną cholerą na co dzień.
Znowu spadają ze mnie spodnie, programiści wysyłają mi piosenki o łopatach. A ona piosenka kojarzy mi się jakoś, chyba linią melodyczną, z inną taką.  Tydzień robi mi się coraz ciaśniejszy, dwa razy pływalnia, dwie próby, pewnie jeszcze lekcja śpiewu do tego dojdzie, a później jeszcze treningi biegowe. Znów sprawdza się to, że mam najwięcej czasu wtedy kiedy mam go najmniej. 
Za trochę ponad tydzień jedziemy całą bandą pod wezwaniem w Tatry (Arek powiedział, że pospacerować, więc pewnie będziemy się czołgać po jaskiniach i łazić po 14 godzin po czarnych szlakach), później rodzinna biba, później Berlin, później będzie już listopad, czasie nie zapierdalaj tak. Znów muszę szybciej spać. Dobrze, że czasem mogę wolno poleżeć w łóżku z książką, alebo potulić się do kota albo i nie do kota, pójść na spacer sama ze sobą, albo pół dnia spędzić przy garach.
Jestem szczęśliwa, mówiłam Wam?
"- Jesteś już u Basi? Jak to nie? Buty pastujesz? Tak późno? Jak to dopiero pojedziesz? No przecież mogłeś się spakować wcześniej! No trzeba było się wcześniej pakować! No ja wiem,  że nie masz czasu, dlatego mówię, że mogłeś się wcześniej spakować! No nie krzycz na mnie!"
Panna trajkotała przez telefon tak głośno, że nie udało mi sie wyłączyć i skupić nad "Kill Grillem" (swoją drogą genialna książka, ale o tym później, zostało mi jeszcze z 50 stron). Przyznam szczerze, miałam chęć jej powiedzieć, że dokładnie wiem, dlaczego on na nią krzyczy. Ale w kolejnej sekundzie uświadomiłam sobie, że by nie zrozumiała. Co najwyżej zezwałaby mnie od najlepszych i rozorała gębę pazurami. A że jestem dość przywiązana do swojej facjaty to poprzestałam na wywróceniu oczami. Do dziewczęcia ewidentnie nie docierają proste i jasne komunikaty. Co gorsza zauważyłam, że to dość powszechne. 
Dlaczego, o DLACZEGO człowiecze nie rozumiesz, że kiedy mówię ci "daj mi proszę spokój, jestem zła, zajęta, wkurwia mnie klient i wywaliło mi w kosmos połowę roboty z ostatnich ośmiu godzin" to oznacza, że jestem zła zajęta, wkurwia mnie i tak dalej. To NIE OZNACZA, że tak się słodko złoszczę i tupię nóżką kokieteryjnie. Przecież to prosty komunikat. 
I tu proszę państwa przechodzę do sedna sprawy. W toku swych znajomości z różnego rodzaju samcami też przerabiałam nierozumienie prostych komunikatów. Co więcej, samce te nie potrafiły ich wyrażać, ja nie potrafiłam ich wyrażać – genralnie kiszka, awantura goniła awanturę, a były to kłótnie z wrzaskami, prawie że trzaskaniem talerzy i takie tam – O NIC. 
Ja mam to ogromne szczęście, że do mnie dotarło. "Mam wkurwa". na taki komunikat reaguję zawsze w taki sam sposób. Nie truję dupy, nie odzywam się, nie męczę, nie ciągnę za język. Jeśli będzie chciał rozmawiać, to do cholery powie "Mam wkurwa, porozmawiaj ze mną". A nie powiedział. Zatem nie chce rozmawiać. jak będzie chciał, to się odezwie. Jak ochłonie, uspokoi się to sam się odezwie. Proste? Jak konstrukcja cepa. To czemu do jasnej Anieli, Zofii i Gertrudy nie dociera to do ludzi? Piszę "ludzi" ale w większości to kobiety są. Nie ma co ukrywać, faceci rozumieją proste komunikaty. 
A kobiety strzelają focha, jak facet który zakomunikował im jasno, że nie ma czasu, jest zły i zajęty nie chce przez kwadrans wysłuchiwać, że przecież powinien był wcześniej cośtam i dlaczego w ogóle on robi to teraz skoro wczesniej miał czas, ale przecież nieee on woli siedziec przy komputerze, a teraz już byś wszystko miał załatwione.
Szlag trafia i cytrynowy piorun.
Słuchanie ze zrozumieniem nie boli. Spróbujcie.
We wtorek pokroili Sprawcę. Pokroili na szczęście w dość niewielkim zakresie, bo ino na jednym kolanku. Co nie zmienia faktu, że Samo doświadczenie było co najmniej straszne. I to dla mnie, o nim nie wspominam nawet. Banda moich ulubionych samców zawsze powtrarza, że faceci się nie boją, tylko czasem srają w gacie. Sprawca dostał zakaz udawania się do jakichkolwiek szpitali na resztę życia. Widok bladozielonego Sprawcy wywożonego na blok operacyjny rozłupał mi serce na kawałki, widok biedaka po powrocie z bloku jeszcze bardziej. Nerwy, bezsilność, strach, to co zawsze towarzyszy gdy komuś za kogo dalibyśmy się pokroić jest źle. Cud, że się nie rozwyłam tam. Przetrwał, ja przetrwałam, teraz już będzie tylko lepiej. Będziemy się dietować, rehabilitować kolanka, wrócimy do biegania i już. 
A ja grzecznie człapię w ortezie, porzuciłam wszelkiego rodzaju obcasy, moje prawe kolano zakute w usztywniacz wygląda jak twarz boksera. I boli. No ale jak to stwierdził dochtów, boleć będzie. Aż przestanie. Rodzice Sprawcy dostarczyli mu magiczny materacyk co to prądem i magnesami czaruje nasze popsute kolanka (o tu jestem głupsza niż mój chłop zgodnie z zaleceniami Pani Żuraw). W każdym razie materacyk robi dobrze. Po jednym seansie czarowania kolanka boli jakby mniej. Zobaczymy jeszcze jak to się ułoży. Znów schudłam, podejrzewam że trochę stresu się do tego przyczyniło, jeszcze chwilę a będę musiała zanabyć nowe portki. Limit przebywania w różnej maści szpitalach mam wyrobiony na pięć lat do przodu, od początku roku zwiedzam większość tych we Wrocławiu i okolicach. Nie chcę więcej, zrozumiano?      
                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                       
No znowu, znowu. Leczę grzecznie kontuzję, smaruję kopytko ohydnym maścidłem, nie biegam, staram się mało chodzić, noszę ściągacz i w ogóle. Jutro dotrze do mnie orteza, tak, żebym już mogła naprawdę dać nodze odpocząć. Boli. No boli, nic dziwnego, że boli. Jeszcze pewnie poboli. Tymczasem trzymajcie kciuki za Sprawcę. Jutro pany dochtory będą mu naprawiać kolano, coby kolejny wrocławski maraton już mógł. 
Odezwała się moja nóżka w czasie maratonu. Stara, niedoleczona jednak kontuzja. Przyznaję, trochę ją zignorowałam, taki miałam fokus na maraton. Cel osiągnięty, czas naprawić to co się popsuło. Udałam się zatem do lekarza. Sportowego, tego samego, u którego byłam poprzednio. Dobry to lekarz. Nie udaje, że zna się na czymś na czym się nie zna, nie boi się przyznać, jeśli czegoś nie umi wyleczyć i nie uważa za ujmę na honorze polecenie innego fachowca. Ze mną się udało. Poszłam z obolałą nogą i po wymacaniu okazało się, że jest dobrze. Stawy w porządku, więzadła, ścięgna czy insze cuda też. Za to mięśnie przeciążone (nic dziwnego) oraz naderwane przyczepy. 
Jestem od wczoraj idealnie grzeczną pacjentką. Leki przeciwzapalne, smarowidło, usztywnienie, odpoczynek. Odliczam dni do 10 października. Wtedy będzie czas na pierwszy trening. Jakoś teraz ten zakaz biegania boli mnie mniej niż wcześniej. Może dlatego, że już wiem, że dam radę wrócić do formy. I bardzo bardzo mi zależy na wyleczeniu nogi do końca. Tymczasem, coby nie zarosnąć tłuszczem i nie popaść w lenistwo absolutne będę włóczyć się na basen. To mi wolno. 
I nie przeszkadza mi, jak słyszę ględzenie, że tak tak sport to zdrowie, sama chciałaś, masz za swoje, teraz będziesz się leczyć. Tak będę. I wyleczę nogę i pobiegnę w kolejnym maratonie i w kolejnym i w kolejnym. A wy dalej będziecie jęczeć. I hodować brzuchy i cellulit. Na zdrowie.
Mówcie mi Herr Flick. (Nawet dziś przy ozdobiłam gębę okularami, tylko kapelusza mi brakuje…)
O blondynkach mówi się, że głupie są. Dziwi mnie to, bo znam przecież tyle pięknym i mądrych blondynek. Ale o nich się nie mówi nie? Mówi się o tych głupich, jak niżej podpisana. Generalnie blondynki mają jednak łatwiej, czego sama doświadczyłam. Jak na drodze coś durnego zrobisz, to facet w aucioe obok widząc za kółkiem babę automatycznie się wkurzy. A jak widzi, że blondynka to tylko z politowaniem pokiwa głową i machnie ręką. No BLONDYNKA no.  
Dziś, Drodzy Czytelnicy, opowiem Wam o historii pewnej blondynki. 
Jestem blondynką. Mam mieszkanie, kota i garaż. I chwilowo mam samochód. Garaż do onego samochodu jest podziemny. Żeby do niego wjechać, trza przejechać przez szlaban, uprzednio otwierając go pilotem, wjechać do podziemia, do którego bramę również pilotem, a następnie do garażu, uprzednio otwierając go kluczem. Następnie trzeba zamknąć samochód (ten etap można pominąć) oraz zamknąć garaż – już bez udziału klucza, bo ma taki inteligentny zamek, co się zatrzaskuje sam. I takoż uczyniłam wczoraj. I pincet razy wcześniej. 
Schodzę ci ja dziś nie tak wczesnym rankiem do garażu i u drzwi twoich stoję panie im myślę, gdzie do jasnej Anieli klucz. Co się okazało? Że blondynka wkurzona, że jej się majta przy kluczykach od samochodu klucz do garażu wzięła go i odpięła i przypięła do pilota do szlabanu i bramy głównej. A pilot leży sobie na półeczce pod radiem w samochodzie stojącym w tym garażu. 
Ślusarza przyjmę!

Miau

Brak komentarzy
Odetchnęlam. Opadły emocje. Numer startowy oprawiony i czeka na powieszenie. Mięśnie już nie bolą, tylko kolano się odezwało, więc wracam do wędrówki po lekarzach. Jest dobrze. Ciekawam, czy wszyscy, którzy mają od paru dni w nogach swój pierwszy maraton mają to samo co ja, kiedy poruszają się po mieście. O tędy biegłam, o tu był kryzys, a tu tak bardzo nas dopingowali. Okazuje się, że trasa biegła przez te ulice, którymi poruszam się na co dzień. Jadąc do pracy, na próbę, do domu, dokądkolwiek.
Jesień prawie już. Nadal jeżdżę do pracy z pootwieranymi wszystkimi oknami i szyberdachem, ale czasem już włączam ogrzewanie na nogi. Kupuję sukienki i kierunkowskaz, świeci słońce i dobrze mi. Ostatnio coś często to powtarzasz. – Bo ostatnio mi wyjątkowo dobrze. Mam blond włosy, wyglądam zupełnie inaczej, noszę sowę na szyi i szalik, szukam płaszcza mna chłody i rękawiczek, o jak bardzo próżna i kobieca jestem. Wyczytuję w internetach, że to źle i tylko się uśmiecham. 
Ciekawe kiedy zapasy jadu mi wrócą…

42,195

8 komentarzy

Mam mętlik w
głowie i tyle do opowiedzenia czy napisania, że nie wiem jak się
za to zabrać. Ale najważniejsze jest to, że TAK, udało mi się!
Przebiegłam maraton! Jestem maratończykiem. Przebiegłam 42
kilometry i 195 metrów. Zrobiłam to!

Bałam się bardzo.
Wiedziałam, że nie jestem dobrze przygotowana do tego startu, ale
nie chciałam się poddać. Taka niestety jestem, założyłam sobie,
że choćby nie wiem co, zrobię wszystko, żeby ukończyć ten bieg.
Chyba przeszkodzić mogłoby mi tylko dosłownie padnięcie na
trasie.

W sobotę na dzień
przed startem obudziłam się wesoła jak szczygiełek i
zakomunikowałam Bazylowi, że spoko, nie boję się, jest dobrze,
fajnie, luz i plus osiemnaście do nieśmiertelności. „To
niedobrze, powinnaś się bać” rzekł był na to Bazyl. Prychnęłam
tylko i pojechałam na Stadion Olimpijski do biura zawodów odebrać
pakiet startowy. Gdy wjechałam na teren stadionu i jechałam przez
ostatnią prostą wprost do bramy z napisem META serce zaczęło mi
walić jak oszalałe. Czy jutro tu dotrę? Czy mi się uda? Czy ja
upadłam na łeb, żeby się porywać na coś takiego? Odebrałam
pakiet, obejrzałam, poczułam klimat imprezy. Mnóstwo ludzi kręciło
się w biurze zawodów. Świadomość, że następnego ranka staniemy
wszyscy razem na starcie i wszyscy będziemy się zmagać z tym samym
sprawiła, że poczułam się… hm.. wyjątkowo? A jednocześnie
nigdy nie czułam się bardziej elementem jakiejś układanki czy
fajnej grupy. Wróciłam do domu i denerwowałam się dalej. Podobno
to dobrze. Wieczorem obowiązkowa kopiasta porcja makaronu i wcześnie
spać. O dziwo nieźle mi się spało, tylko kochany kotecek wojował
i miałam chęć go obedrzeć ze skóry.

Niedziela. Wstałam
bladym świtem, coby zdążyć zjeść śniadanie na trzy godziny
przed startem. Grzecznie wciągnęłam ładnych parę kawałów
pszennej buły z masłem i babcinym dżemem i zapiłam herbatką,
mimo że w żołądku miałam supełek. Wyleżałam się w wannie,
przyodziałam, wywlokłam z łóżka mojego Naczelnego Kibica oraz Sprawcę Całego Tego Bajzlu i popruliśmy na Stadion. Zaparkowaliśmy
Szoguna i udaliśmy się spacerkiem do centrum zamieszania.
Pospacerowaliśmy, pooglądaliśmy, było jeszcze wcześnie. Udałam
się do szatni przebrać się w biegowy rynsztunek. No, poza
koszulką, bo ją, zgodnie z nakazem Sprawcy, miałam włożyć przed
samym startem. Miałam mętlik w głowie. Z jednej strony wiedziałam,
że jestem częścią tej grupy. Biegaczy, startujących w maratonie.
Z drugiej – miałam wrażenie, że jestem kompletnie nie na
miejscu, że zdecydowanie nie powinnam tam być, że nie ja, nie tu.
Znaleźliśmy wszystkich możliwych znajomych, Sprawca został
obarczony telefonami, ciuchami, torbami i inszymi dobrami
startujących i udaliśmy się na linię startu. Rozgrzewka i bardzo
przyjemny akcent – gdy zobaczyłam, że prowadzi ją, Weronika,
trenerka naszej grupy z programu „I ty możesz zostać
maratończykiem”, którego nie było mi dane ukończyć. Adrenalina
już wtedy buzowała we mnie i mam wrażenie, że miałam jej więcej
w ciele niż krwi. Włożyłam biegową koszulkę, przypięłam
odtwarzacz, włączyłam Garmina i już.

Gdy ustawiłam się
w gronie tych wszystkich ludzi, słyszałam jak łomoce mi serce i
czułam, że to wyjątkowy moment. Ostatnie spojrzenie na Naczelnego
Kibica
, które utwierdziło mnie w przekonaniu, że wierzy we mnie,
pewnie nawet bardziej niż ja sama w siebie i START. Wspaniałe
uczucie. Gdy zaczynasz biec i widzisz przy trasie tylu ludzi, którzy
ci kibicują, klaszczą, krzyczą. Wspaniały moment, czułam się
jak królowa świata. Aż spojrzałam na zegarek i zaświeciła mi
się w głowie czerwona lampka oraz włączył głos Sprawcy „WOLNIEJ”. Uspokoiłam się, wyregulowałam tempo i biegłam. „Do
Starówki to luzik” powiedział mi w głowie Sprawca. Biegłam
sobie spokojnie, cały czas kontrolując tempo i mając na uwadze, że
mam biec wolniej niż zawsze. W końcu po tej pierwszej dysze
zostanie mi jeszcze ponad 30 kilometrów. Dobiegłam do dziesiątego
kilometra w 1:15. Bardzo ładnie i zgodnie z założeniami. Przez
Rynek i okolice biegło mi się dziwnie. Nagle tylu ludzi wkoło i
wszyscy się na nas GAPIĄ. Łącznie z wycieczkami niemieckich
emerytów. Co najśmieszniejsze przejęłam się w tym momencie tylko
tym, że na pewno wyglądam jak oferma w tej oczojebnie zielonej
chustce na łbie i bez makijażu. I jakoś tak uciekł mi kolejny
kilometr. I kolejny i kolejny. Następne co pamiętam to grupa
przystojnych panów na Sudeckiej, to chyba był jakiś osiemnasty czy
dziewiętnasty kilometr. Panowie wystawili przed dom instrumenty i
zasuwali z dopingiem muzycznym. Gęba sama mi się uśmiechała.
Pobiegłam dalej. 

Nagle oczom mym ukazała się brama z jakże
pięknym napisem „PÓŁMETEK”. Mój czas 2:39. Było dobrze,
trzymałam ładne tempo. Głos Sprawcy cały czas w głowie
wypowiadał te same słowa z „WOLNIEJ” na czele. Grzecznie
korzystałam z każdego punktu odżywczego i każdego punktu
odświeżania jaki był. Dobrze wiedziałam, że nie mogę sobie
pozwolić na odwodnienie, a łatwo było, bo z nieba zaczynał lać
się żar. Mówi się przy okazji Wrocławskiego Maratonu o
„przeklętej Gądowiance”. Długi, męczący podbieg na 25
kilometrze. Bardzo się bałam tego punktu. Spojrzałam przed siebie
i daleeeeeko daleko widziałam figurki innych biegaczy mozolnie
sunące pod górę. I postanowiłam zmienić tryb myślenia. Co tam,
oni dają radę to i mnie się uda. To było koszmarne, fakt. Kroczek
po kroczku, bardzo powoli, w pełnym słońcu, bo akurat było
południe, po asfalcie, który już wtedy przypominał rozgrzaną
patelnię. I nagle w głowie pojawił mi się głos innego dobrego
ducha. „Wszystko jest w głowie, pamiętaj, wszystko jest w
głowie”. O tak Areczku, masz rację. Fakt, że jak doczłapałam
do kolejnego punktu nawadniania miałam wrażenie, że zaraz tam się
położę przy drodze i oleję całą tę zabawę. Aż przypomniało
mi się co powiedział rano, przed startem Tomek – jeden ze
startujących, z którym gadałam, żeby było weselej, w kolejce do
kibla. „Dopóki masz siłę, trzeba biec”. No a ja przecież
jeszcze miałam siły. 28 kilometr. Tu zrobiło się już naprawdę
ciężko. Było bardzo gorąco, bolały mnie mięśnie i chciało mi
się beczeć. No bo jak to… Przecież miałam dać radę, przecież
jest dobrze, dlaczego teraz ma nie być? Uratowała mnie pewna
dziewczyna. Tego nie zapomnę do końca życia. Była śliczna.
Opalona brunetka z kręconymi włosami, ubrana w różowy top
odsłaniający kształtny brzuch i białe spodnie. Siedziała przy
samej ulicy na wózku inwalidzkim i krzyczała do nas, ledwie
człapiących, zmęczonych, obolałych i spoconych. Gdy przebiegałam
obok usłyszałam „Już niedaleko, dasz radę! Biegnij, bo ja nie
mogę!” Wtedy puściły mi wszystkie emocje, rozbeczałam się i
dostałam takiej mocy, że silniki odrzutowe to przy mnie pikuś. W
tej chwili pisząc to mam oczy na mokrym miejscu. Dziękuję Ci,
kimkolwiek jesteś, uratowałaś mój maraton. Dalsza część trasy
była katorgą. 30 kilometrów i równo 4 godziny. Uspokoiłam się,
wiedziałam, że na te ostatnie 12 mam jeszcze dwie godziny, ale było
naprawdę ciężko. Najgorzej czułam się między 32 a 35
kilometrem. Ciągle w palącym słońcu, ani skrawka cienia, było
strasznie. I ani jednego człowieka przy drodze, tak żeby wspomóc
się chociaż dopingiem innych. Aż tu nagle z maleńkich,
zakratowanych okienek więzienia przy Kleczkowskiej usłyszeliśmy
„No dawajcie! Czekają na was na mecie!” Jeszcze kawałek,
jeszcze trochę i już jesteśmy na Pola. Mała uliczka domów, z
których większość mieszkańców wyszła, żeby dodać otuchy.
Część z nich wywlokła na ulicę szlauchy i w tej zbawiennej
mgiełce wody poczułam się jak nowo narodzona. Na chwilę
zapomniałam o tym, jak bardzo bolą mięśnie, jak jest gorąco, że
znów odezwała się ta cholerna kontuzja i boli mnie cała prawa
noga, a kolano szczególnie, że bąble na prawej stopie nie dają
spokoju. Na 37 kilometrze kolejna niespodzianka. „Tu punkt
wsparcia z 37 kilometra, jesteśmy tu z Wami i dla Was od 10, już
niedaleko, dacie radę” rozlegało się na całą ulicę z
głośników. Biegliśmy dalej. Wiedziałam, że teraz się nie
poddam, że już tak niewiele mi zostało. Najgorsze chwile to te,
kiedy z marszu musiałam znów zacząć biec. Powoli bo powoli, ale
musiałam. Wiedziałam, że spacerkiem to ja mety nie osiągnę.
Ostatni koszmarny moment zaczął się od Kromera. Ale spojrzałam w
okna kolegi Piotra, z którym to rok temu założyłam się, że
przebiegnę maraton, i stwierdziłam, że o nieee, nie dam mu wygrać.
Kolejny kilometr i jeszcze jeden. Na 40 punkt nawadniania. Zapytałam
przezornie pana, który wydawał wodę, która jest godzina. „Za
dwadzieścia trzecia” usłyszałam w odpowiedzi. Ojapierdolę,
wrzasnęła wewnętrzna Ruda. Dwadzieścia minut. A ja tu mam jeszcze
z półtora kilometra.

Obytoochudybykimocepiekielne. Ruszyłam z
kopyta. 41 kilometr, to już sama końcówka, tylko końcówka.
Oddychałam ciężko. I znów okazało się, że ludzie są
wspaniali. Dziewczyna biegnąca obok mnie rzuciła „No dawaj, to
już sam koniec”. Grupka ludzi obok zagrzewała do finiszu siebie,
a przy okazji mnie. No przecież dam radę. Już widać bramę
Stadionu. Trzymałam się mocno tempa, które narzuciła koleżanka
obok. Ja pierniczę, ostatni kilometr biegnę szybciej niż
poprzednich dziesięć, adrenalina uderza do głowy, serce łomocze,
brama „Do mety jeszcze 300 metrów” mówi napis, ostatnia prosta,
ludzie, krzyki, doping, brawa, biegnę już widać metę, dam radę,
rzut oka w prawo i widzę moją silną grupę wsparcia z Naczelnym
Kibicem oraz Sprawcą Całego Zamieszania
* na czele. Widzę Melii z
eMem i Małym Bąblem, śmieję się całą gębą i jest. META.
Zrobiłam to. Zmieściłam się w limicie. Ktoś wiesza mi medal na
szyi, ściskam go w garści i nie wierzę, jest cholera ciężki
jakby był z ołowiu, a może to ja po prostu jestem tak wykończona. Sprawca mnie odnajduje, przytula i już wiem, że teraz mogę
zemdleć. Ale nie zemdlałam. Odbieram gratulacje, uśmiechy od Grupy
Wsparcia, jestem szczęśliwa i półprzytomna. Daję się
zaprowadzić do zacienionej alejki, gdzie wprawni fizjoterapeuci
wygniatają zmasakrowanych maratończyków. Jestem potulna jak cielę
i równie inteligentna w tej chwili. Odpisuję na smsy, odbieram
telefony i gratulacje, daję się wymiętolić boskim dłoniom pań
masażystek i dopiero wtedy odżywam. Jeszcze rozmowy, losowanie
nagród, podróż do domu, ciągle nie mogę uwierzyć, że mi się
udało. Że w tym upale, że nieprzygotowana. W domu kładę się w
wannie, boli mnie wszystko ale uśmiech nie schodzi mi z twarzy.
Zalegam w łóżku i jest mi tak dobrze, poza tym, że boli mnie
wszystko.

A dziś rano budzę
się, wstaję z łóżka kwadrans i dociera do mnie. Jestem
maratończykiem. Zrobiłam coś, czego większość ludzi nie
potrafi.

Dawno temu, kiedy
jeszcze nie myślałam o maratonie Sprawca pokazał mi jeden film.
Dziś już wiem, że tak właśnie jest.

„Sometimes the
moments that challenge us the most define us.” Oraz

When
you cross that finish line
-no
matter how
slow, no
matter how fast – it will change your life forever”

Następny na
wiosnę.  

 

* Sprawco, dziękuję. Nie przebiegłabym tego maratonu bez Ciebie. No i przede wszystkim nigdy w życiu nie przyszłoby mi do łba, żeby się czegoś takiego podjąć. To wszystko Twoja wina! Znaczy tfu, zasługa. 

 

 

Pojutrze wystartuję w swoim pierwszym maratonie.
Szczerze? Chyba w życiu niczego tak się nie bałam. Na samą myśl serce łomocze mi jak ogłupiałe. Kiedy się zapisywałam, wiedziałam od razu, że to będzie najważniejszy dla mnie cel w tym roku. I tak jest. Boję się. Nie wiem co zrobi moje ciało, nie wiem co zrobi moja głowa.
Trzymajcie kciuki