Mam mętlik w
głowie i tyle do opowiedzenia czy napisania, że nie wiem jak się
za to zabrać. Ale najważniejsze jest to, że TAK, udało mi się!
Przebiegłam maraton! Jestem maratończykiem. Przebiegłam 42
kilometry i 195 metrów. Zrobiłam to!
Bałam się bardzo.
Wiedziałam, że nie jestem dobrze przygotowana do tego startu, ale
nie chciałam się poddać. Taka niestety jestem, założyłam sobie,
że choćby nie wiem co, zrobię wszystko, żeby ukończyć ten bieg.
Chyba przeszkodzić mogłoby mi tylko dosłownie padnięcie na
trasie.
W sobotę na dzień
przed startem obudziłam się wesoła jak szczygiełek i
zakomunikowałam Bazylowi, że spoko, nie boję się, jest dobrze,
fajnie, luz i plus osiemnaście do nieśmiertelności. „To
niedobrze, powinnaś się bać” rzekł był na to Bazyl. Prychnęłam
tylko i pojechałam na Stadion Olimpijski do biura zawodów odebrać
pakiet startowy. Gdy wjechałam na teren stadionu i jechałam przez
ostatnią prostą wprost do bramy z napisem META serce zaczęło mi
walić jak oszalałe. Czy jutro tu dotrę? Czy mi się uda? Czy ja
upadłam na łeb, żeby się porywać na coś takiego? Odebrałam
pakiet, obejrzałam, poczułam klimat imprezy. Mnóstwo ludzi kręciło
się w biurze zawodów. Świadomość, że następnego ranka staniemy
wszyscy razem na starcie i wszyscy będziemy się zmagać z tym samym
sprawiła, że poczułam się… hm.. wyjątkowo? A jednocześnie
nigdy nie czułam się bardziej elementem jakiejś układanki czy
fajnej grupy. Wróciłam do domu i denerwowałam się dalej. Podobno
to dobrze. Wieczorem obowiązkowa kopiasta porcja makaronu i wcześnie
spać. O dziwo nieźle mi się spało, tylko kochany kotecek wojował
i miałam chęć go obedrzeć ze skóry.
Niedziela. Wstałam
bladym świtem, coby zdążyć zjeść śniadanie na trzy godziny
przed startem. Grzecznie wciągnęłam ładnych parę kawałów
pszennej buły z masłem i babcinym dżemem i zapiłam herbatką,
mimo że w żołądku miałam supełek. Wyleżałam się w wannie,
przyodziałam, wywlokłam z łóżka mojego Naczelnego Kibica oraz Sprawcę Całego Tego Bajzlu i popruliśmy na Stadion. Zaparkowaliśmy
Szoguna i udaliśmy się spacerkiem do centrum zamieszania.
Pospacerowaliśmy, pooglądaliśmy, było jeszcze wcześnie. Udałam
się do szatni przebrać się w biegowy rynsztunek. No, poza
koszulką, bo ją, zgodnie z nakazem Sprawcy, miałam włożyć przed
samym startem. Miałam mętlik w głowie. Z jednej strony wiedziałam,
że jestem częścią tej grupy. Biegaczy, startujących w maratonie.
Z drugiej – miałam wrażenie, że jestem kompletnie nie na
miejscu, że zdecydowanie nie powinnam tam być, że nie ja, nie tu.
Znaleźliśmy wszystkich możliwych znajomych, Sprawca został
obarczony telefonami, ciuchami, torbami i inszymi dobrami
startujących i udaliśmy się na linię startu. Rozgrzewka i bardzo
przyjemny akcent – gdy zobaczyłam, że prowadzi ją, Weronika,
trenerka naszej grupy z programu „I ty możesz zostać
maratończykiem”, którego nie było mi dane ukończyć. Adrenalina
już wtedy buzowała we mnie i mam wrażenie, że miałam jej więcej
w ciele niż krwi. Włożyłam biegową koszulkę, przypięłam
odtwarzacz, włączyłam Garmina i już.
Gdy ustawiłam się
w gronie tych wszystkich ludzi, słyszałam jak łomoce mi serce i
czułam, że to wyjątkowy moment. Ostatnie spojrzenie na Naczelnego
Kibica, które utwierdziło mnie w przekonaniu, że wierzy we mnie,
pewnie nawet bardziej niż ja sama w siebie i START. Wspaniałe
uczucie. Gdy zaczynasz biec i widzisz przy trasie tylu ludzi, którzy
ci kibicują, klaszczą, krzyczą. Wspaniały moment, czułam się
jak królowa świata. Aż spojrzałam na zegarek i zaświeciła mi
się w głowie czerwona lampka oraz włączył głos Sprawcy „WOLNIEJ”. Uspokoiłam się, wyregulowałam tempo i biegłam. „Do
Starówki to luzik” powiedział mi w głowie Sprawca. Biegłam
sobie spokojnie, cały czas kontrolując tempo i mając na uwadze, że
mam biec wolniej niż zawsze. W końcu po tej pierwszej dysze
zostanie mi jeszcze ponad 30 kilometrów. Dobiegłam do dziesiątego
kilometra w 1:15. Bardzo ładnie i zgodnie z założeniami. Przez
Rynek i okolice biegło mi się dziwnie. Nagle tylu ludzi wkoło i
wszyscy się na nas GAPIĄ. Łącznie z wycieczkami niemieckich
emerytów. Co najśmieszniejsze przejęłam się w tym momencie tylko
tym, że na pewno wyglądam jak oferma w tej oczojebnie zielonej
chustce na łbie i bez makijażu. I jakoś tak uciekł mi kolejny
kilometr. I kolejny i kolejny. Następne co pamiętam to grupa
przystojnych panów na Sudeckiej, to chyba był jakiś osiemnasty czy
dziewiętnasty kilometr. Panowie wystawili przed dom instrumenty i
zasuwali z dopingiem muzycznym. Gęba sama mi się uśmiechała.
Pobiegłam dalej.
Nagle oczom mym ukazała się brama z jakże
pięknym napisem „PÓŁMETEK”. Mój czas 2:39. Było dobrze,
trzymałam ładne tempo. Głos Sprawcy cały czas w głowie
wypowiadał te same słowa z „WOLNIEJ” na czele. Grzecznie
korzystałam z każdego punktu odżywczego i każdego punktu
odświeżania jaki był. Dobrze wiedziałam, że nie mogę sobie
pozwolić na odwodnienie, a łatwo było, bo z nieba zaczynał lać
się żar. Mówi się przy okazji Wrocławskiego Maratonu o
„przeklętej Gądowiance”. Długi, męczący podbieg na 25
kilometrze. Bardzo się bałam tego punktu. Spojrzałam przed siebie
i daleeeeeko daleko widziałam figurki innych biegaczy mozolnie
sunące pod górę. I postanowiłam zmienić tryb myślenia. Co tam,
oni dają radę to i mnie się uda. To było koszmarne, fakt. Kroczek
po kroczku, bardzo powoli, w pełnym słońcu, bo akurat było
południe, po asfalcie, który już wtedy przypominał rozgrzaną
patelnię. I nagle w głowie pojawił mi się głos innego dobrego
ducha. „Wszystko jest w głowie, pamiętaj, wszystko jest w
głowie”. O tak Areczku, masz rację. Fakt, że jak doczłapałam
do kolejnego punktu nawadniania miałam wrażenie, że zaraz tam się
położę przy drodze i oleję całą tę zabawę. Aż przypomniało
mi się co powiedział rano, przed startem Tomek – jeden ze
startujących, z którym gadałam, żeby było weselej, w kolejce do
kibla. „Dopóki masz siłę, trzeba biec”. No a ja przecież
jeszcze miałam siły. 28 kilometr. Tu zrobiło się już naprawdę
ciężko. Było bardzo gorąco, bolały mnie mięśnie i chciało mi
się beczeć. No bo jak to… Przecież miałam dać radę, przecież
jest dobrze, dlaczego teraz ma nie być? Uratowała mnie pewna
dziewczyna. Tego nie zapomnę do końca życia. Była śliczna.
Opalona brunetka z kręconymi włosami, ubrana w różowy top
odsłaniający kształtny brzuch i białe spodnie. Siedziała przy
samej ulicy na wózku inwalidzkim i krzyczała do nas, ledwie
człapiących, zmęczonych, obolałych i spoconych. Gdy przebiegałam
obok usłyszałam „Już niedaleko, dasz radę! Biegnij, bo ja nie
mogę!” Wtedy puściły mi wszystkie emocje, rozbeczałam się i
dostałam takiej mocy, że silniki odrzutowe to przy mnie pikuś. W
tej chwili pisząc to mam oczy na mokrym miejscu. Dziękuję Ci,
kimkolwiek jesteś, uratowałaś mój maraton. Dalsza część trasy
była katorgą. 30 kilometrów i równo 4 godziny. Uspokoiłam się,
wiedziałam, że na te ostatnie 12 mam jeszcze dwie godziny, ale było
naprawdę ciężko. Najgorzej czułam się między 32 a 35
kilometrem. Ciągle w palącym słońcu, ani skrawka cienia, było
strasznie. I ani jednego człowieka przy drodze, tak żeby wspomóc
się chociaż dopingiem innych. Aż tu nagle z maleńkich,
zakratowanych okienek więzienia przy Kleczkowskiej usłyszeliśmy
„No dawajcie! Czekają na was na mecie!” Jeszcze kawałek,
jeszcze trochę i już jesteśmy na Pola. Mała uliczka domów, z
których większość mieszkańców wyszła, żeby dodać otuchy.
Część z nich wywlokła na ulicę szlauchy i w tej zbawiennej
mgiełce wody poczułam się jak nowo narodzona. Na chwilę
zapomniałam o tym, jak bardzo bolą mięśnie, jak jest gorąco, że
znów odezwała się ta cholerna kontuzja i boli mnie cała prawa
noga, a kolano szczególnie, że bąble na prawej stopie nie dają
spokoju. Na 37 kilometrze kolejna niespodzianka. „Tu punkt
wsparcia z 37 kilometra, jesteśmy tu z Wami i dla Was od 10, już
niedaleko, dacie radę” rozlegało się na całą ulicę z
głośników. Biegliśmy dalej. Wiedziałam, że teraz się nie
poddam, że już tak niewiele mi zostało. Najgorsze chwile to te,
kiedy z marszu musiałam znów zacząć biec. Powoli bo powoli, ale
musiałam. Wiedziałam, że spacerkiem to ja mety nie osiągnę.
Ostatni koszmarny moment zaczął się od Kromera. Ale spojrzałam w
okna kolegi Piotra, z którym to rok temu założyłam się, że
przebiegnę maraton, i stwierdziłam, że o nieee, nie dam mu wygrać.
Kolejny kilometr i jeszcze jeden. Na 40 punkt nawadniania. Zapytałam
przezornie pana, który wydawał wodę, która jest godzina. „Za
dwadzieścia trzecia” usłyszałam w odpowiedzi. Ojapierdolę,
wrzasnęła wewnętrzna Ruda. Dwadzieścia minut. A ja tu mam jeszcze
z półtora kilometra.
Obytoochudybykimocepiekielne. Ruszyłam z
kopyta. 41 kilometr, to już sama końcówka, tylko końcówka.
Oddychałam ciężko. I znów okazało się, że ludzie są
wspaniali. Dziewczyna biegnąca obok mnie rzuciła „No dawaj, to
już sam koniec”. Grupka ludzi obok zagrzewała do finiszu siebie,
a przy okazji mnie. No przecież dam radę. Już widać bramę
Stadionu. Trzymałam się mocno tempa, które narzuciła koleżanka
obok. Ja pierniczę, ostatni kilometr biegnę szybciej niż
poprzednich dziesięć, adrenalina uderza do głowy, serce łomocze,
brama „Do mety jeszcze 300 metrów” mówi napis, ostatnia prosta,
ludzie, krzyki, doping, brawa, biegnę już widać metę, dam radę,
rzut oka w prawo i widzę moją silną grupę wsparcia z Naczelnym
Kibicem oraz Sprawcą Całego Zamieszania* na czele. Widzę Melii z
eMem i Małym Bąblem, śmieję się całą gębą i jest. META.
Zrobiłam to. Zmieściłam się w limicie. Ktoś wiesza mi medal na
szyi, ściskam go w garści i nie wierzę, jest cholera ciężki
jakby był z ołowiu, a może to ja po prostu jestem tak wykończona. Sprawca mnie odnajduje, przytula i już wiem, że teraz mogę
zemdleć. Ale nie zemdlałam. Odbieram gratulacje, uśmiechy od Grupy
Wsparcia, jestem szczęśliwa i półprzytomna. Daję się
zaprowadzić do zacienionej alejki, gdzie wprawni fizjoterapeuci
wygniatają zmasakrowanych maratończyków. Jestem potulna jak cielę
i równie inteligentna w tej chwili. Odpisuję na smsy, odbieram
telefony i gratulacje, daję się wymiętolić boskim dłoniom pań
masażystek i dopiero wtedy odżywam. Jeszcze rozmowy, losowanie
nagród, podróż do domu, ciągle nie mogę uwierzyć, że mi się
udało. Że w tym upale, że nieprzygotowana. W domu kładę się w
wannie, boli mnie wszystko ale uśmiech nie schodzi mi z twarzy.
Zalegam w łóżku i jest mi tak dobrze, poza tym, że boli mnie
wszystko.
A dziś rano budzę
się, wstaję z łóżka kwadrans i dociera do mnie. Jestem
maratończykiem. Zrobiłam coś, czego większość ludzi nie
potrafi.
Dawno temu, kiedy
jeszcze nie myślałam o maratonie Sprawca pokazał mi jeden film.
Dziś już wiem, że tak właśnie jest.
„Sometimes the
moments that challenge us the most define us.” Oraz
„When
you cross that finish line -no
matter how slow, no
matter how fast – it will change your life forever”
Następny na
wiosnę.
* Sprawco, dziękuję. Nie przebiegłabym tego maratonu bez Ciebie. No i przede wszystkim nigdy w życiu nie przyszłoby mi do łba, żeby się czegoś takiego podjąć. To wszystko Twoja wina! Znaczy tfu, zasługa.