"Sekretne życie motyli". I zachciało mi się na Grenlandię. Kolejny punkt do listy. Przyznać muszę, że dawno nie byłam taka wkurzona podczas lektury. Na bohaterów wkurzona się znaczy. Otóż wkurzyli mnie dokumentnie wszyscy poza jednym Alkiem. I jak siadłam do czytania o 23 z minutami i się w połowie drugiego rozdziału wkurzyłam, tak czytałam do trzeciej pewnie, w cichości ducha licząc na to, że ta wkurzająca para wreszcie się przez swoją głupotę zabije. Forma dowolna, chociaż jego najchętniej widziałabym na koniec książki z czekanem wbitym w czaszkę. Ona ewentualnie (znajcie moje dobre serce) mogłaby se zamarznąć. Przysięgam, jak spotkam kiedyś na swojej drodze artystkę dokumentalistkę uwieszoną na fotografie ekstremalnym, to zwieję z podskokach. I jeszcze ta rozmamlana ichnia przyjaciółka. Na nią też się wkurzałam przez całą książkę. Nieszczęsna męczennica co to wydukać z siebie porządnego opierdolu dla kretyna nie może. Tu środek nocy, a ja w nerwach. No wygarnij mu kretynko. A ona nic. Zmywać idzie. Książkę dostarczył mi kolega Arkadiusz i chyba muszę z nim poważnie przedyskutować kryteria doboru lektur dla mnie. Albo zacznę robić to sama, albo więcej sobie nie pozwolę na ekstrawagancję "Sam coś wybierz".
To może ja się oddam chudnięciu oraz se stworzę jakąś kondycję? Tak dla uspokojenia nerw. To się przydaje, zanim się wypruje gdzieś w jakieś skały, lodowce czy insze takie (Grenlandia Grenlandia, może Islandia najpierw). Zapewne po to, żeby zwiększyć moje zainteresowanie górami i wspinaczką wspomniany wcześniej ten sam kolega Arkadiusz pożyczył był mnię "Bezpieczeństwo i ryzyko w skale i lodzie". Książka malowniczo opisuje wszystko co może pójść nie tak w czasie wyprawy. Przez trzysta stron trup ściele się gęsto, a opisy złamań, porażeń kręgosłupa, kończyn amputowanych z powodu odmrożeń, pourywanych palców, porozbijanych głów napawają optymizmem. Jeden z moich ulubionych fragmentów mówi o tym, jak człowiek pewien odpadł ze ściany, zaliczył lot, zaledwie czterdzieści metrów i, uwaga, bo to niespotykane w tej książce, PRZEŻYŁ. Tylko złamał obie nogi i doznał krwotoku mózgowego. Wspominałam o tym, że w książce są zdjęcia? W sumie to jest tak, że jeśli nie zabije cię zimno czy deszcz, nie trafi piorun, nie zawiedzie lina (liny oczywiście się nie rwą, nie nie), karabinki, nie porozwiązują się węzły (których wcale nie możesz źle zawiązać, przecież wieszjak to się robi), asekuracja da radę, kask nie pęknie i uda ci się zrobić wycof, wtedy kiedy będzie trzeba to są szanse JAKIEŚ na to, że się nie zabijesz i przy okazji swojego zespołu. Oczywiście jeszcze są stare haki, w lodowcach szczeliny, możesz dostać zaćmienia umysłu i odwiązać sobie linę, na której wisisz. Ratownicy oczywiście nie mają szans, żeby dotrzeć do ciebie szybko jak pogoda jest zła, a jak jest dobra, to zawsze helikopter można rozwalić, bo przypadkiem się okaże, że wraz z ratownikiem jesteście do niego przywiązani twoją liną, której ratownik zapomniał odciąć. Ale są szanse JAKIEŚ, że cię uratują. I że odtransportują do szpitala. I tam masz większe szanse, jednak może się udać umrzeć mimo wszystko. Wieje optymizmem, nie? Ale serio – wypadki w górach naprawdę nie są na porządku dziennym. A warto wiedzieć co może się stać, zawsze to człowiek może bardziej pomyśli. 
Czytam jeszcze "Paul McCartney. Życie" ale też mi się zaraz skończy. Lennon był jednak trzy razy grubszy. No i zdecydowanie warto go przeczytać ZANIM się do McCartneya siądzie, bo urwali na początku mnóstwo informacji (bo po cholerę mieli je pisać drugi raz w książce, która tworzy z Lennonem serię). A dziś rano usłyszałam Red Hotów i zachciało mi się znów "Bliznę" czytać. A doba taka krótka…