Aa bo się wkurzyłam. Bujam się i bujam z tą dietą od trzech miesięcy właściwie i ciągle co zgubię te pięć kilo to przytyję te pięć kilo. Patrząc na nieustające, równe i ładne postępy Sprawcy na polu zrzucania sadła postanowiłam się wkurzyć, co też uczyniłam. Jak juz to uczyniłam, to odstawiłam całkiem napoje wyskokowe. Mam dobrą wymówkę, wszędzie wożę zad samochodem i ani ani, żadnych piwek, winek i innych tam wódeczek. Dla odmiany nie odstawiłam jedzenia, ino myślę. Jak jem, co jem, kiedy jem. I tu się problem zaczął. Wyrocznia Żywieniowa nakazała jeść POWOLI. Tak z trzydzieści minut na posiłek. Mhm, spróbujcie jeden serek wiejski jeść trzydzieści minut I dare all of You. Mnie się udało. Oj bolało na początku, ja cię panie… ile można ciamkać jeden serek/ jedną kanapkę/ jedną malusią puszeczkę tuńczyka? Otóż można. Fakt, że muszę się czymś w międzyczasie zająć i tu się przydaje mój nałóg, który Szanowni Rodziciele chcieli mi za młodu wyplenić i im się nie udało, a mianowicie czytanie przy jedzeniu. Albo gapienie się w serial. Albo coś… Pisanie notatki na bloga na przykład… No to odwracam uwagę swoją od powolności jedzenia i zyskuję na tym sporo, bo jeść się nie chce później dłużej. Mądra Wyrocznia Żywieniowa. Ale o czym to ja…A wiem.. bo z ludźmi mi nie wychodzi. Niestety ludzi w otoczeniu najbliższym mam chudych, mięśniawych lub żylastych, albo po trochu z każdego i chudnąć nie muszą, jedzą co chcą, a w dodatku szybko. I nie wiem co teraz. Ludzi tresować? Czy się nie przejmować i sześć sajgonek ciamkać przez godzinę, a później przez kolejną talerz z kurą seczuańską? Ot takie dylematy kolacyjne mam. 
A, bo najważniejszego nie powiedziałam. Efekty są od razu. Także tego.. Zaraz się wylaszczę.