Drogie dziateczki, dziś będzie o celebrowaniu ostatnich dni starego i pierwszych dni nowego roku. Aby to należycie uczynić trzeba mieć odpowiednią ekipę. Tą razą ekipa składała się z Arka – przewodnika zamieszania (jak zwykle), Krisa – nowego, nakręconego i podjaranego, mojej i Bazyla jako jęczącego i marudzącego ogona, jak zwykle zresztą oraz Konia z Kobietą – ludzi, którzy byli, ale nie chodzili. I teraz wykonanie.
Weź ludziów, zapakuj w samochód i wywieź do Kościeliska – wykonał Arek. Jak już dotrzecie na miejsce (nie piszę, które, bo to zła baza była, za droga, z gupimi właścicielami, jak kto chce wiedzieć dzie nie jechać to mu powiem osobiście), to należy od razu zeń zwiać do samego Zakopca, a konkretnie do Adamo. Adamo to jest knajpa. A właściwie dwie knajpy. Zawsze kierujemy się najpierw do tej nie na Krupówkach. Dopiero gdy odnotujemy, że tam zawalone ludźmi po dach, przedzieramy się na głodzie i wkurwie przez rzeczone Krupówki – inaczej – stado rozwydrzonego bydła i docieramy do drugiej knajpy. I zaczyna się dobroć. na dobroć składa się herbata jumbo, herbata z malinami i malinówką, barszcz, żeberka (trzydziestki – I dare U, samce!), kura w pieczarkach i rozmarynie oraz zielenina różnego rodzaju. Po niespiesznej konsumpcji należy potoczyć się do samochodu, udać na bazę i kontynuować celebrowanie. Zaczyna się od wystawienia na stół muffinów, wiśniówki i wina. Przydaje się też gitara. Przy użyciu wszystkich wyżej wymienionych wprowadzamy się w nastrój imprezowy. W międzyczasie witamy Konia z Kobietą. Koń do wina dostarcza kolejnego i impreza się kręci. W następnej kolejności idziemy spać, bo plan przewiduje wyjście w góry o 8. Kris oraz Koń z Kobietą udają się do swego pokoju, a moja, Bazyl i Arek zostają w imprezowym. Następnie Arek zasypia, a moja i Bazyl nie, bo kolega włącza system chrapania stada niedźwiedzi, lwów i cholera wie czego. Napomnienia słowne nie pomagają, gwizdanie nie pomaga, przerzucanie siłą na drugi boczek też nie. W końcu wpasowując się w rytm chrapania moja zasypia. 
Dzień drugi – Sylwester. 
Wstajemy rano, kąpiemy się, zjadamy śniadanie, wypijamy herbatę, kawę, znów herbate. Odziewamy się starannie według zaleceń Arka – guru polaru. I teraz drogie dziateczki małe spostrzeżenie. Jeśli ktoś kto łazi po górach, dziurach i cholera wie jeszcze czym mówi wam, że macie odziać się w termogacie, termokoszulkę i na to nalożyć tylko portki oraz softshell, coś na łeb i rękawiczki oraz buty i zapewnia, że wystarczy – to wystarczy. Do tego do plecaka ewentualnie polarek i puchówkę, coby dupa nie marzła na postojach. Nasze blond pukle splatamy w dwa warkoczyki, bo tak najwygodniej. Niestety musimy się przygotować na to, że Arek ma odruch warkoczyk – targać. Nie zliczę ile razy zostałam wytargana za warkoczyki w czasie wyjazdu, a na koniec jeszcze Bazyl przejął odruch. Następnie wio. I tu zaczyna się zabawa. Bo śnieg. Dużo śniegu. Jak dużo śniegu to co? To zaspy. A jak zaspy to co? To wiadomo, że nalezy się w one zaspy wrzucać. W sensie wrzuca Arek. Głównie ładne blondynki z warkoczykami. Nie pomnę ile razy leżałam w sniegu. Ale bycie księżniczką ma swoje plusy. 
- Areczku, czy byłbyś uprzejmy pierdyknąć się w tę zaspę, żebym nie musiała tego robić? Efekt:
Fajnie, nie? Poza tym ślizgo było. I tu następuje zasada ogólna. Do wykorzystania nie tylko jak ślizgo, ale wtedy bardziej. Jak się chodzi po górach, jak ślizgo? Czujnie. Żeby się nie spierdolić.
Było to w Dolinie Małej Łąki, gdzie Kobieta wymiękła i zrobiła wycof zabierając ze sobą Konia. Pozostała ekipa miała w planie udać się na Kopę Kondracką. Po rozejrzeniu się po okolicy jednak okazało się, że bez raków nicholery, więc plany się zmieniły. Pozostała ekipa:
Na Smoczą Jamę. 
To taka niewielka, ale fajna jaskinia, do której idzie się łatwo przez Wąwóz Kraków. Wąwóz jest piękny. Idziemy idziemy i nagle o. A ta drabina to nasz szlak? No chyba nasz. O. Kurwa. To w górę. Tylko tak wiecie. Czujnie. Żeby się nie spierdolić.O łańcuchy. O. Pionowo. O. Slizgo jak sam skurwysyn. Łooookuuurwaaaaa. Tak, niby jest gdzie nogę postawić, ale co z tego, skoro lód, śnieg, ślizgo i się nie da? Wierzcie mi, chwyt jaki się ma przy tej ilości adrenaliny jest w stanie kości połamać. Wysiłkiem wielkim wspinamy się do wejścia do Smoczej Jamy. A tam siedzi uśmiechnięty Arek, ktoremu gupio. Ej bo ja zapomniałem, że tu są te łańcuchy. Ale ja naprawdę niechcąco. Zawsze was przez przypadek w coś wpierdolę.
No miał rację. Tam jest naprawdę pionowo.  Generalnie, pamiętacie jak pisałam o Raptawickiej, że się bałam? Okazało się, że wtedy się nie bałam. Teraz się bałam. Jak już odsiedzimy chwilę na wejściu do dziury, opadnie z nas strach i uświadomily sobie, gdzieśmy wleźli, czeba pójść dalej. W Smoczej Jamie też łańcuchy, ino tam mniej ślizgo, więc fajnie. Po wyjściu z jaskini należy pomylić drogę i udać się z powrotem do wejścia. Jak już Kris, kóry lezie pierwszy prawie dotrze do celu, należy zarządzić odwrót i pójść szlakiem właściwym. 
Po drodze były pingwiny. Dużo pingwinów. Konkretnie cztery. 
Poza tym śnieg. Dużo śniegu. A jak śnieg, to co? To aniołek/orzełek.
Fajny, nie?
A po wszystkim Bazyl miał dobry pretekst do.
Dalej udajemy się do schroniska na Hali Ornak. Przed samym wejściem ślizgo. Arek zalicza tak pięknego orła nakrywając się nogami, że zwijamy się ze śmiechu przez pięć minut. Nie, że można było się obić w górach. On musi na płaskim. W schronisku jemy żurek. W żurku łyżkę można postawić i smakuje jak ambrozja. Po odtajaniu udajemy się w drogę powrotną, niestety Doliną Kościeliską, więc narodu w cholerę. Nie mogliśmy sobie oczywiście odpuścić możliwości przeczołgania Krisa przez Mylną. W Mylnej natrafiamy na bidną, zagubioną grupkę w kościołowych ubrankach, która chciała do jaskini. I tu poważny apel. LUDZIE. Jak idziecie w góry i wam się jaskini zachce – BIERZCIE ŚWIATŁA. CZOŁÓWKI. Ręce się przydają w jaskini i wierzcie mi, NIE do trzymania latarenki tylko na prztykład łańcuchów, żeby se kulasa nie złamać. A jak idziecie w góry zimą, to światła bierzcie OBOWIĄZKOWO, nawet jak nie planujecie jaskiń. Ciemno się robi bardzo szybko. A głupoty nic nie usprawiedliwia. Koniec kazania. Ponieważ nasza ekipa ma dobre serduszka wzięła za fraki zagubioną grupkę i przeciągnęła przez jaskinię. 
Grzybki były. Z lodu.
Po tych przygodach należy udać się do bazy. W bazie wykąpać, wypić wiaro herbaty i walnąć się na drzemkę. Później wstać, wypić dużo wódki i piwa, pobić się ze sześć razy z Arkiem, w tym raz, zupełnie przypadkowo do łez, jak nam zupełnie przypadkowo nos przestawi plecami. O północy trzeba mieć marzenie, złożyć zyczenia ekipy, pokrzyczeć, wypić szampana, potulić się do Bazyla, poprosić o piękny nowy rok, złożyć życzenia Arkowi, który chrapie, bo odpadł kwadrans przed nowym rokiem i pójść spać. 
Nowy Rok.
W nowym roku budzimy się z kacem. Obiecujemy sobie, że już nigdy więcej, następnie wstajemy, leczymy kaca i wychodzimy w gory. Nic nam nie wychodzi z wyjścia w góru bo po dojechaniu pod Kasprowy okazuje się, że się nie wyrobimy z planem przed ostatnim zjazdem kolejki, więc wracamy do Zakopanego (tfuu), przebijamy się przez skacowane Krupówki (tfu) do Adamo, gdzie jemy dużo i dobrze (mru). Jak już to uczynimy, to wracamy na bazę, gdzie pijemy piwo i oglądamy nudne filmy. Następnie idziemy spać. 
2 stycznia.
Wstajemy rano, pijemy herbatę, kawę, kąpiemy się, jemy śniadanie i udajemy się w góry. Plan zaklada Drogą pod Reglami do Doliny Ku Dziurze, do Dziury, z powrotem, do Doliny Chochołowskiej, następnie obiad i wracamy do dom. Plan nalezy zweryfikować idąc Drogą pod Reglami. Tam już nie było ślizgo. Tam była normalna zwykla tafl jak na lodowisku. Sposób poruszania się jest ciekawy. Wbijamy przed sobą kije a następnie dociągamy do nich resztę nie odrywając stóp od ziemi. Narty bez nart. Po czym Bazyl wywija orła, obija sobie kolano i należy mu oddać kije i poruszać się na wagon używając Arka jako lokomotywy. I wiadomo. Tak.. CZUJNIE. Do wejścia do Dziury podciągamy się po lodzie trzymając się płota. W Dziurze jest fajnie, acz warstwa liści sięgająca kolan średnio pozwala zobaczyć co pod nimi jest, więc niektórzy się boją. 
Arek oczywiście, jak to Arek powstrzymać się nie może i lezie, gdzie nie wolno.
Kris natomiast ćwiczy swoje pierwsze przewężenie.
Następnie Arek udaje się szukać Majki w bocznym ciągu. Po wyleźciu wygląda malowniczo. UWAGA! Majki NIE ZNALAZŁ. Majka, jeśli to czytasz, zgloś się! PILNIE!
Sposób, żeby wyglądać normalniej? Oczywiście wytarzać się w śniegu. Śnieg jest zachęcający, więc mnie się chce skakać. Obunóż. Arek oczywiście nie może się powstrzymać i wykorzystuje okazję. W chwili gdy majestatycznie szybuję w powietrzu postanawia przyłożyć do mnie siłę, co sprawia, że ląduję  pyskiem  w zaspie. Ale serio fajnie było. Chłopaki rechoczą przez pięć minut. Po czym  udajemy się do samochodu, a samochodem do Chochołowskiej. Z łażenia nici, bo kolana bolą, poprzestajemy więc na obiedzie u Zięby. 
To jest miejsce szczególne. Składa się z dwóch i pół stolika. Stołują się tam wszyscy okoliczni woźnice, najprawdziwsi górale. I wierzcie mi, wesoło jest, gdy wchodzisz do knajpki, w której siedzi brygada jakichś siedmiu woźniców, a ty jesteś z trzema chłopami. Propozycji małżeńskich – jedna – od Staszka, komplementów – pincet, w życiu takich nie słyszałam. Trzeba u Zięby zjeść żurek, albo flaki, jak kto lubi, a na drugie kurę pieczoną z surówką i wiadrem frytek. Porcja jak dla woźnicy, przysięgam wam. Głodna byłam, więc pożarłam z luzem. Ej, ale lona nie miastowa, przeca widać, że łona nasza kłościeliska! Z czema chłopami po górach chodzi, lico rumiane a i zjeś umi! I se ich łowineła wkoło palca! A pacz pani jaki Staszek ładny. Udoł sie mamie i tatowi! A jo dla pani syćko!
Laski, jak macie kompleksy, albo niskie poczucie własnej wartości – zasuwać do Zięby! Byłam zziajana, czerwona, zmarznięta, warkoczyki miałam rozkudłane, zero makijażu i w ogole żadnych upiększaczy a poczułam się jak miss uniwersum.
Po tej dawce przyjemności należy zakończyć celebrowanie i udać się do domu. Oby taki był cały rok!

* ludzie – proszę nie czytać, bo i tak nie złapiecie o co idzie.