… czy jakoś tak… Jakoś nie mam pamięci do kolęd. Żeby było bardziej dramatycznie postanowiły sobie siły wyższe cy coś tam zachorować mnie na święta. Zaczęło się od pokasływania we wtorek. Machając nóżkom na kabarecie uznałam, że coś mię rzęzi w płucu lewym. Trochę pokasłałam i olałam. We środę obudziłam się kaszląc. Porządnie kaszląc. Ale kaszel dla mnie to nie nowość, kiedyś kaszlałam przez trzy lata i jakoś nie padłam więc wlałam w siebie syropek i olałam temat. Umówiłam się na czwartek na drinka rozplanowałam cały dzień ambitnie, włącznie z wizytą u pani dochtór celem wyszarpania recepty na. Pojechałam. Jadąc sklęłam świat i tych tam je^%$&(% sk*&^%* co to jeżdżą po drogach. Postanowiłam z kaszelkiem walczyć metodą Arka i udałam sie do apteki celem nabycia drogą kupna vick vaporuba. Co tam seksapil, uwodzenie i takie tam, zdrowie ważniejsze, mogę trzy dni walić na metr kamforą, byle przestać chyrlać. Odstałam swoje w kolejce za Panią, Która Bardzo Często Bywa w Przychodni i Zna Aptekarkę. A promocję jakieś są? A może na kaszel coś dla córki mie pani da? A ten no… No ten.. kurwaaaaaaa … koregatabs mie pani da jeszcze i może na odpornoś coś. Czy miałam mord w oczach? Ależ. Ale dobra, święta blisko, miłosierdzie czy coś, nie zabiłam, wyrzęziłam prośbę o vicka, odsiedziałam swoje w kolejce do lekarza, wyszarpałam receptę na, nie zabiłam starej nietoperzycy, która była ciekawska i nie powodując wypadku dojechałam do arkowego królestwa, bo zapowiedział, że da jeść i herbaty. Łatwo mnie przekonać do wizyty, naprawdę. Siedząc w arkowym królestwie w towarzystwie pana na włościach oraz Sprawcy chyrlalam już mniej malowniczo. Herbata była dobra, nad zupą płakaliśmy bo ostra była, do drugiego dania już się rozbieraliśmy. Pamiętajcie drogie dziatki, chilli robi dobrze. (Tak, wiem jak to wygląda w TYM kontekście). Zażądałam kawy, więc pan na włościach, który musi mieć do mnie słabość, bo inaczej już dawno by mnie zabił (a miał okazję niejedną) udał się w śnieg po mleko, bo księżniczka kawy bez mleka nie lubi. W dodatku okazało się, że skończyła się dobra kawa i mogłam dostać rozpuszczalną, czarną bebeluchę. Do tego brutalnie i bez litości skrytykowałam umiejętności prasowalnicze pana na włościach, który pochwalił się, że sam wyprasował koszulę i zażądał cobym dumna była. Ponieważ okolicznych samców wychowuję twardą ręką reakcja była opisana powyżej. Nie oberwałam w czerep (bo słabość, czy coś, choroba nie była kartą przetargową). W ramach rozrywki zajęłam się prasowaniem wyprasowanej przez pana na włościach koszuli i jeszcze jednej, ktorą mi podstępnie podrzucił a ja udałam, że w malignie nie odnotowałam cudownego rozmnożenia. Ale o czym to ja. O świętach. No więc (nie zaczyna się zdania od więc. Ani od no, bo to nieelegancko) tak upłynęła środa. Byly jeszcze elementy wożenia pana na wlościach wyposażonego w upieczone temi ręcami muffiny do dziurołazów, wesołe chwile ze Sprawcą i nastał czwartek rano. Ten dzień przywitał nas ulewą.. a nie czekajta, to nie mój tekst. Ten dzień przywitał mnie niemożnością oddychania, mówienia i innych okolicznych, do których przydają się płuca, oskrzela, krtań i gardło. Ostatkiem sił odwołałam wszystko co miałam tego dnia niby zrobić i padłam. Sprawca ofiarnie smarował mi kamforą plecki i z bezczelnym uśmiechem przód plecków, podawał herbatkę, leki, kazał pić, jeść, generalnie ideał. W dodatku nie przeszkadzał spać, a nawet kazał. I w ogóle pamiętacie tę scenę z początku Love Actually kiedy Colin wychodzi na ślub a zdradziecka zdzira siedzi w łóżku? To tak miałam ino, że mój nie poszedł na ślub. I zdecydowanie bardziej ohydnie wyglądałam. i tak upłynął czwartek. Niewiele pamiętam, bo głównie spałam. W piątek podobnie. Z tym, że wieczorem odżyłam, wzięłam pod pachę Sprawcę i Krisa i poszlim do centrum handlowego po ostatnie zakupy. Po czym wróciłam do domu, spakowalam się i padłam spać. Udało mi się przespać w sumie pewnie jakieś 3 godziny, upociłam się jak mysz, wstałam i pojechałam do rodzinnego grajdoła. Chyrlając bardzo niemalowniczo. Podejrzewam, że wypłoszyłam sąsiadów. Drogi puste, ogólnie miło, przyjechałam i padłam. Mamusia natomiast przystąpiła do wyganiania z córuni choróbska. Herbatki, syropki, tableteczki, osiem kilo chemii i kocyk. W międzyczasie zrobiłam makiełki, zrobiłam włosy znów na Gretkowską i poczytałam książkę. Następnie się wykąpałam, namalowałam urodę, przyczesałam Manuelę, zasiadłam z rodziną do kolacji, zjadłam, posprzątałam, pocieszylam się prezentami i zdechłam. Zaniemówiłam, świat się ucieszył, że nareszcie spokój będzie, jeść nie mogłam, ja się ucieszyłam, że nareszcie mi dupa wychudnie, bolało mnie dokładnie wszystko i postanowiłam się nad sobą poużalać. Niestety nikt nie chciał mi w tym towarzyszyć. Sprawca nakazał mi co następuje "Do środy masz być zdrowa i nie interesuje mnie jak to zrobisz". Arek stwierdził, że od niemówienia się nie umiera, a o drapaniu w gardziołku mam nie jęczeć. Szanowna Rodzicielka chyrlała do kompletu i też niespecjalnie się użalała, więc przyjęłam końską dawkę leków, posmarowałam się kamforą i poszłam spać. Śniła mi się jaskinia, podobna do Raptawickiej ale jakaś taka.. szersza oraz siłownia.Co to znaczy Droga Gosiu? Rano obudziłam się świeża jak skowronek, zdecydowanie mniej chyrlająca, bez drapania w gardziołku. Prawie cudowne ozdrowienie. Obstawiam, że jutro już mi w ogole przejdzie. Musi alergia na święta i nadmiar jedzenia, nie? A tak szczerze mówiąc to chyba bedę musiała po śwętach odpocząć od świętowania. 
A w przyszłym roku zwieję. 
Oraz jeśli cały przyszły rok ma być taki jak wigilia, to będe dużo jeździć samochodem, chyrlać, rzucać mięsem, pić kawy, pracować oraz będę blondynką. No ciekawe…
Za to sylwester zapowiada się obiecująco. Zastanawiam się czy ruszać ten piętnastoletni baniaczek wina (w sensie – czy to się do czegokolwiek nadaje jeszcze?) i targać go w Tatry czy może poprzestać na zdrowej czystej wódce…Ot dylematy…
Następny odcinek przygór chyrlającej księżniczki już za raz, za dwa.. lalala…