ruda-blondynka

Twój nowy blog
"Sekretne życie motyli". I zachciało mi się na Grenlandię. Kolejny punkt do listy. Przyznać muszę, że dawno nie byłam taka wkurzona podczas lektury. Na bohaterów wkurzona się znaczy. Otóż wkurzyli mnie dokumentnie wszyscy poza jednym Alkiem. I jak siadłam do czytania o 23 z minutami i się w połowie drugiego rozdziału wkurzyłam, tak czytałam do trzeciej pewnie, w cichości ducha licząc na to, że ta wkurzająca para wreszcie się przez swoją głupotę zabije. Forma dowolna, chociaż jego najchętniej widziałabym na koniec książki z czekanem wbitym w czaszkę. Ona ewentualnie (znajcie moje dobre serce) mogłaby se zamarznąć. Przysięgam, jak spotkam kiedyś na swojej drodze artystkę dokumentalistkę uwieszoną na fotografie ekstremalnym, to zwieję z podskokach. I jeszcze ta rozmamlana ichnia przyjaciółka. Na nią też się wkurzałam przez całą książkę. Nieszczęsna męczennica co to wydukać z siebie porządnego opierdolu dla kretyna nie może. Tu środek nocy, a ja w nerwach. No wygarnij mu kretynko. A ona nic. Zmywać idzie. Książkę dostarczył mi kolega Arkadiusz i chyba muszę z nim poważnie przedyskutować kryteria doboru lektur dla mnie. Albo zacznę robić to sama, albo więcej sobie nie pozwolę na ekstrawagancję "Sam coś wybierz".
To może ja się oddam chudnięciu oraz se stworzę jakąś kondycję? Tak dla uspokojenia nerw. To się przydaje, zanim się wypruje gdzieś w jakieś skały, lodowce czy insze takie (Grenlandia Grenlandia, może Islandia najpierw). Zapewne po to, żeby zwiększyć moje zainteresowanie górami i wspinaczką wspomniany wcześniej ten sam kolega Arkadiusz pożyczył był mnię "Bezpieczeństwo i ryzyko w skale i lodzie". Książka malowniczo opisuje wszystko co może pójść nie tak w czasie wyprawy. Przez trzysta stron trup ściele się gęsto, a opisy złamań, porażeń kręgosłupa, kończyn amputowanych z powodu odmrożeń, pourywanych palców, porozbijanych głów napawają optymizmem. Jeden z moich ulubionych fragmentów mówi o tym, jak człowiek pewien odpadł ze ściany, zaliczył lot, zaledwie czterdzieści metrów i, uwaga, bo to niespotykane w tej książce, PRZEŻYŁ. Tylko złamał obie nogi i doznał krwotoku mózgowego. Wspominałam o tym, że w książce są zdjęcia? W sumie to jest tak, że jeśli nie zabije cię zimno czy deszcz, nie trafi piorun, nie zawiedzie lina (liny oczywiście się nie rwą, nie nie), karabinki, nie porozwiązują się węzły (których wcale nie możesz źle zawiązać, przecież wieszjak to się robi), asekuracja da radę, kask nie pęknie i uda ci się zrobić wycof, wtedy kiedy będzie trzeba to są szanse JAKIEŚ na to, że się nie zabijesz i przy okazji swojego zespołu. Oczywiście jeszcze są stare haki, w lodowcach szczeliny, możesz dostać zaćmienia umysłu i odwiązać sobie linę, na której wisisz. Ratownicy oczywiście nie mają szans, żeby dotrzeć do ciebie szybko jak pogoda jest zła, a jak jest dobra, to zawsze helikopter można rozwalić, bo przypadkiem się okaże, że wraz z ratownikiem jesteście do niego przywiązani twoją liną, której ratownik zapomniał odciąć. Ale są szanse JAKIEŚ, że cię uratują. I że odtransportują do szpitala. I tam masz większe szanse, jednak może się udać umrzeć mimo wszystko. Wieje optymizmem, nie? Ale serio – wypadki w górach naprawdę nie są na porządku dziennym. A warto wiedzieć co może się stać, zawsze to człowiek może bardziej pomyśli. 
Czytam jeszcze "Paul McCartney. Życie" ale też mi się zaraz skończy. Lennon był jednak trzy razy grubszy. No i zdecydowanie warto go przeczytać ZANIM się do McCartneya siądzie, bo urwali na początku mnóstwo informacji (bo po cholerę mieli je pisać drugi raz w książce, która tworzy z Lennonem serię). A dziś rano usłyszałam Red Hotów i zachciało mi się znów "Bliznę" czytać. A doba taka krótka…

Jak dziecko!

Brak komentarzy
Często słyszę przytoczone w tytule słowa, zazwyczaj w reakcji na moje poczynania. Wypowiadane z potępieniem, spojrzeniem z ukosa oraz krytycznym wyrazem ust korali komentującego. Zdarza się także kręcenie głową z politowaniem. 
Się zapytywam – Dlaczegóż do ciężkiej cholery?
Jak szczerze dzieci nie lubię (poza niewieloma chlubnymi wyjątkami), tak przyznaję, że wiedzą jak się bawić. 
Niech mi ktoś wytłumaczy co jest złego we wpychaniu się w zaspy, rzucaniu poduszkami, skakaniu po kałużach, kwiczeniu ze szczęścia na widok czegoś fajnego, wacie cukrowej, puszczaniu baniek i latawców, robieniu ludzików z kasztanów, skakaniu w miejscu jak piłka – bez wyraźnego powodu i jeszcze pewnie kilkunastu takich drobiazgach. 
Mogę zrozumieć zagrożenia wynikające z przyjaznego tłuczenia się po łbach (na przykład z Arkiem, bo Kris i Sprawca nie chcą się tłuc), a nawet onych zagrożeń doświadczyłam (przetrącenie nosa plecami), ale przecież tak fajnie jest się czasem zupełnie bez powodu, kontekstu i celu powydurniać. 
A jeśli kiedyś uznam inaczej to mnie ubijcie. To będzie oznaczało, że jestem DOROSŁA…

Reklamiara!

Brak komentarzy

Co robi normalny, zdrowy na umyśle człowiek jak ogląda film w telewizorze i ten film mu nagle w połowie najlepszej akcji (ten dobry strzela do tego złego, w tym samym czasie gdy zły do dobrego i nie wiadomo który trafi, albo ona już już ma prawie rozpięte guziki bluzki, on na nią patrzy pożądliwie a za drzwiami czai się zazdrosna pokojówka). Wtem. Reklamy. Otóż normalny człowiek idzie do kuchni zrobić herbatę, karmi kota, rozmawia  z dzieckiem, bo wreszcie ma czas albo bzyka się z mężem. A co robię ja? Ja nie. W sensie nie robię herbaty, kota, dziecka ani męża. Ja wlepiam gały w telewizor. Wlepiam z nadzieją. Ogromną. Albo w kinie. W kinie poza rozmowami, szeleszczeniem czipsami i telefonami komórkowymi wkurwia mnie najbardziej jak ktoś się spóźnia na seans i mi w czasie reklam przełazi przed nosem, albo trzaska drzwiami, albo cokolwiek. Do kina się idzie tak, żeby zdążyć na reklamy przed. 

 

Tak Moi Drodzy. Pewnie teraz runął Wasz światopogląd i po tym wpisie stracę połowę czytelników (dziękuję Wam, całej trójce, za wspólne lata), ale przyznaję się chętnie, szczerze i otwarcie. 

 

Uwielbiam reklamy. Pasjami wręcz uwielbiam.

 

Ale tu uwaga, achtung i gwiazdka. DOBRE reklamy. Dlatego właśnie gapię się w telewizor zawsze z nadzieją, że może, że tym razem, że okaże się, że nasi reklamiarze osiągnęli chociaż w połowie poziom zagranicznych. A tu dupa. Na blok reklamowy przypadają może ze trzy dobre reklamy, wszystkie niepolskie. Niestety. Polskich dobrych reklam jest może z pięć. Włosy mnie bolą i wątroba, jak mam polskie reklamy oglądać. No bo błagam Was. Co za idiota kompletny napisał TO . I jaki inny idiota mu za to zapłacił? Litości. Albo słynne reklamy z moczem. Z obrzydliwych reklam, które przy okazji w mojej głowie zamordowały piosenkę to warto jeszcze wspomnieć Perspiblok.No i wisienka na torcie - banda wyjąca o witaminach. Okej, może i ona jakimś cudem dociera do jej grupy docelowej, ale nie zmienia to faktu, że za coś takiego kopirajter powinien wisieć za za oko na drzewie, a ten, kto mu za to zapłacił zaraz obok. Ani pomysłu tam nie ma, ani ciekawego scenariusza, ani NIC. NIC ZUPEŁNIE. Cierpię fizycznie jak to widzę w telewizorze. Polecam Wam serdecznie pooglądać insze reklamy ze zbioru Chamletów, ale robicie to na własną odpowiedzialność. Ja jestem twarda, wiele już widziałam, ale ledwo zniesłam.

 

A naprawdę można. Można zrobić fantastyczne spoty reklamowe. Oczywiście, że ważne są pieniądze, bardzo ważne nawet, ale i tak nic nie usprawiedliwia głupiego scenariusza. NIC. Ale o czym to ja. A o reklamach gigantów. W moim osobistym rankingu pierwsze jest Nike. Zawsze. Nie zrobili niczego, co by mi się nie podobało. Przykładów jest mnóstwo i łatwo je sobie znajdziecie, ale ja pokażę Wam na pewno mój zdecydowanie ulubiony spot. O ten. Albo cała seria tych.  Albo ta.  Drugą firmą, która umie i ma kasę jest Apple. To co łączy te dwie marki – zawsze w spotach nacisk jest bardziej na ideę i samą markę niż konkretny produkt. To się oczywiście wiąże mocno z polityką reklamową obu firm, bardzo podobną zresztą – przywiązaniu użytkownika. I sprawdza się. I tak, ja zdaję sobie sprawę, że ciężkie miliony są ładowane w te spoty. Ale i taniej można. POMYSŁ. POMYSŁ się liczy. A tego ewidentnie polskim kopirajterom brakuje. Kojarzycie polskie reklamy margaryny jakiejś czy masła? Oczywiście, że nie, bo są nudne jak flaki i nikt ich nie pamięta. A nie w Polsce? Proszę bardzo. A Flora co zrobiła? Zasponsorowała maraton. I co wyszło? Proszę.  Albo z bardziej absurdalnych ale genialnych: Google.Co zrobiła Opera jak Google wypuściło ten spot? To. Można? MOŻNA. Tylko dlaczego, DLACZEGO nie u nas? 

 

Jest wprawdzie nadzieja. Niewielka póki co, ale jest. Na przykład cała seria Serca i Rozumu. Albo reklamy Plusa, które robiło Mumio . Albo reklamy Simplusa

 

Ja ciągle mam nadzieję. Liczę na to, że w końcu nie będą mnie bolały włosy i wątroba przy oglądaniu reklam. I Was takoż w tej nadziei pozostawię.

 

 

 

Tak się zastanawiam, czy ja jestem zwichrowana, czy może jednak nie do końca. Bo wychodzi na to, że nawet seks uprawiam nie z tych powodów co kobiety. Przynajmniej tak mi wczoraj internet powiedział jednym artykułem. Zadaję się na co dzień głównie z facetami i bardzo mi z tym dobrze. I teraz nie wiem, czy mi z tym dobrze bo tak, czy mi z tym dobrze bo się przyzwyczaiłam przez lata pracy głównie z facetami. Załapałam to poczucie humoru, czy po prostu mnie wytresowali? Zwracam uwagę na ładne laski na ulicy bo mnie nauczyli, czy po prostu zżera mnie po babsku zazdrość? Czekajcie chwilę, bo mam kryzys tożsamości.
Dobra. Kiecki noszę. Uwielbiam. Szpilki też. Uwielbiam. Z drugiej strony równie często wciągam na zad sprane dżinsy, wywlekam z szafy górskie buciory i tak popylam po mieście. Wśród LUDZI! Bez makijażu. A w górach zaplatam kudły w warkocze i zasuwam równo, ale jak mi się nóżka zaplącze to w płacz i do chłopaków z wrzaskiem, że w końcu jestem dziewczyną i mają się mną opiekować do cholery. Czekajcie, znów mam kryzys tożsamości.
I do tego jeszcze podjęłam razem z nimi wyzwanie sześciopaka. W sensie wyhodowania sześciopaka na brzuchu, a nie wyżłopania duszkiem. Ja. I trzech chłopa. I jestem pewna, że dam radę, ale jak mi się paznokietek zadrze przy machaniu hantlami to w płacz. I teraz nie wiem… Ale o czym to ja. A o wyzwaniu sześciopaka chciałam. Podjęliśmy, ja ćwiczę, Sprawca ćwiczy, Kris chyba zacznie, a Arek zapomniał. Szanse są na tę chwilę wyrównane. Arek robi wszystko, żeby mi się nie udało. Niestety dobrze gotuje, niestety ja o tym wiem i on niestety wie, że ja lubię jeść. Moja słaba silna wola kwiczy. A wczorajsze hamburgery pewnie mi się jeszcze będą śnić po nocach. Oraz zupa z soczewicy oraz sushi, oraz zapiekanka Jamiego oraz… Wróć, głodna się robię. I jak tu żyć? Taki Sprawca ma silną wolę. Silną silną wolę i w dodatku lubi niezależne, smaodzielne kobiety, więc błagania o zabranie mi jedzenia sprzed nosa spełzają na niczym. Chyba muszę zacząć trenować tę silną wolę… O czym to ja. A kryzys tożsamości mam, to może pójdę kawy zrobić…

Ankieta

2 komentarzy
Bo chłopaki mi zwrócili uwagę na jeden fakt. 
Dziewczęta! Czemu, jak mamy na sobie kostium kąpielowy w stylu bikini, to jest ok i nie ma problemu z tym, że ktoś nas widzi, a jak jakiś chłop (powiedzmy kumpel, znajomy brata czy coś – niekoniecznie ukochany) przypadkiem zobaczy nas w bieliźnie (często bardziej zabudowanej niż bikini) to jest wrzask? Na swoim przykładzie nie wiem, więc może spróbujcie podać jakieś powody.
Aa bo się wkurzyłam. Bujam się i bujam z tą dietą od trzech miesięcy właściwie i ciągle co zgubię te pięć kilo to przytyję te pięć kilo. Patrząc na nieustające, równe i ładne postępy Sprawcy na polu zrzucania sadła postanowiłam się wkurzyć, co też uczyniłam. Jak juz to uczyniłam, to odstawiłam całkiem napoje wyskokowe. Mam dobrą wymówkę, wszędzie wożę zad samochodem i ani ani, żadnych piwek, winek i innych tam wódeczek. Dla odmiany nie odstawiłam jedzenia, ino myślę. Jak jem, co jem, kiedy jem. I tu się problem zaczął. Wyrocznia Żywieniowa nakazała jeść POWOLI. Tak z trzydzieści minut na posiłek. Mhm, spróbujcie jeden serek wiejski jeść trzydzieści minut I dare all of You. Mnie się udało. Oj bolało na początku, ja cię panie… ile można ciamkać jeden serek/ jedną kanapkę/ jedną malusią puszeczkę tuńczyka? Otóż można. Fakt, że muszę się czymś w międzyczasie zająć i tu się przydaje mój nałóg, który Szanowni Rodziciele chcieli mi za młodu wyplenić i im się nie udało, a mianowicie czytanie przy jedzeniu. Albo gapienie się w serial. Albo coś… Pisanie notatki na bloga na przykład… No to odwracam uwagę swoją od powolności jedzenia i zyskuję na tym sporo, bo jeść się nie chce później dłużej. Mądra Wyrocznia Żywieniowa. Ale o czym to ja…A wiem.. bo z ludźmi mi nie wychodzi. Niestety ludzi w otoczeniu najbliższym mam chudych, mięśniawych lub żylastych, albo po trochu z każdego i chudnąć nie muszą, jedzą co chcą, a w dodatku szybko. I nie wiem co teraz. Ludzi tresować? Czy się nie przejmować i sześć sajgonek ciamkać przez godzinę, a później przez kolejną talerz z kurą seczuańską? Ot takie dylematy kolacyjne mam. 
A, bo najważniejszego nie powiedziałam. Efekty są od razu. Także tego.. Zaraz się wylaszczę.
No bo mi tak gupio, że was zostawiłam z tą Majką i Arkiem i nie powiedziałam o co idzie. No to powiem. Majka jest ukochaną Arka. Problem jednak jest w tym, że Majki poza mną nikt nie widział i nie wie nikt gdzie znaleźć ją można. Majkę we śnie ujrzałam i podzieliłam się snem z Arkiem. Zabujał się był jak dziki od razu. I słusznie bo Majka to super kobitka jest. Ładna, mądra, walnięta prawie tak jak Arek. Prawie, żeby mu gupio nie było. 
 
Zatem ponawiam apel. Majka! Gdziekolwiek jesteś odezwij się! Arek czeka! Po dziurach Cię szuka! 
A jak już się zjawisz to będzie Ci tak pięknie śpiewał
Drogie dziateczki, dziś będzie o celebrowaniu ostatnich dni starego i pierwszych dni nowego roku. Aby to należycie uczynić trzeba mieć odpowiednią ekipę. Tą razą ekipa składała się z Arka – przewodnika zamieszania (jak zwykle), Krisa – nowego, nakręconego i podjaranego, mojej i Bazyla jako jęczącego i marudzącego ogona, jak zwykle zresztą oraz Konia z Kobietą – ludzi, którzy byli, ale nie chodzili. I teraz wykonanie.
Weź ludziów, zapakuj w samochód i wywieź do Kościeliska – wykonał Arek. Jak już dotrzecie na miejsce (nie piszę, które, bo to zła baza była, za droga, z gupimi właścicielami, jak kto chce wiedzieć dzie nie jechać to mu powiem osobiście), to należy od razu zeń zwiać do samego Zakopca, a konkretnie do Adamo. Adamo to jest knajpa. A właściwie dwie knajpy. Zawsze kierujemy się najpierw do tej nie na Krupówkach. Dopiero gdy odnotujemy, że tam zawalone ludźmi po dach, przedzieramy się na głodzie i wkurwie przez rzeczone Krupówki – inaczej – stado rozwydrzonego bydła i docieramy do drugiej knajpy. I zaczyna się dobroć. na dobroć składa się herbata jumbo, herbata z malinami i malinówką, barszcz, żeberka (trzydziestki – I dare U, samce!), kura w pieczarkach i rozmarynie oraz zielenina różnego rodzaju. Po niespiesznej konsumpcji należy potoczyć się do samochodu, udać na bazę i kontynuować celebrowanie. Zaczyna się od wystawienia na stół muffinów, wiśniówki i wina. Przydaje się też gitara. Przy użyciu wszystkich wyżej wymienionych wprowadzamy się w nastrój imprezowy. W międzyczasie witamy Konia z Kobietą. Koń do wina dostarcza kolejnego i impreza się kręci. W następnej kolejności idziemy spać, bo plan przewiduje wyjście w góry o 8. Kris oraz Koń z Kobietą udają się do swego pokoju, a moja, Bazyl i Arek zostają w imprezowym. Następnie Arek zasypia, a moja i Bazyl nie, bo kolega włącza system chrapania stada niedźwiedzi, lwów i cholera wie czego. Napomnienia słowne nie pomagają, gwizdanie nie pomaga, przerzucanie siłą na drugi boczek też nie. W końcu wpasowując się w rytm chrapania moja zasypia. 
Dzień drugi – Sylwester. 
Wstajemy rano, kąpiemy się, zjadamy śniadanie, wypijamy herbatę, kawę, znów herbate. Odziewamy się starannie według zaleceń Arka – guru polaru. I teraz drogie dziateczki małe spostrzeżenie. Jeśli ktoś kto łazi po górach, dziurach i cholera wie jeszcze czym mówi wam, że macie odziać się w termogacie, termokoszulkę i na to nalożyć tylko portki oraz softshell, coś na łeb i rękawiczki oraz buty i zapewnia, że wystarczy – to wystarczy. Do tego do plecaka ewentualnie polarek i puchówkę, coby dupa nie marzła na postojach. Nasze blond pukle splatamy w dwa warkoczyki, bo tak najwygodniej. Niestety musimy się przygotować na to, że Arek ma odruch warkoczyk – targać. Nie zliczę ile razy zostałam wytargana za warkoczyki w czasie wyjazdu, a na koniec jeszcze Bazyl przejął odruch. Następnie wio. I tu zaczyna się zabawa. Bo śnieg. Dużo śniegu. Jak dużo śniegu to co? To zaspy. A jak zaspy to co? To wiadomo, że nalezy się w one zaspy wrzucać. W sensie wrzuca Arek. Głównie ładne blondynki z warkoczykami. Nie pomnę ile razy leżałam w sniegu. Ale bycie księżniczką ma swoje plusy. 
- Areczku, czy byłbyś uprzejmy pierdyknąć się w tę zaspę, żebym nie musiała tego robić? Efekt:
Fajnie, nie? Poza tym ślizgo było. I tu następuje zasada ogólna. Do wykorzystania nie tylko jak ślizgo, ale wtedy bardziej. Jak się chodzi po górach, jak ślizgo? Czujnie. Żeby się nie spierdolić.
Było to w Dolinie Małej Łąki, gdzie Kobieta wymiękła i zrobiła wycof zabierając ze sobą Konia. Pozostała ekipa miała w planie udać się na Kopę Kondracką. Po rozejrzeniu się po okolicy jednak okazało się, że bez raków nicholery, więc plany się zmieniły. Pozostała ekipa:
Na Smoczą Jamę. 
To taka niewielka, ale fajna jaskinia, do której idzie się łatwo przez Wąwóz Kraków. Wąwóz jest piękny. Idziemy idziemy i nagle o. A ta drabina to nasz szlak? No chyba nasz. O. Kurwa. To w górę. Tylko tak wiecie. Czujnie. Żeby się nie spierdolić.O łańcuchy. O. Pionowo. O. Slizgo jak sam skurwysyn. Łooookuuurwaaaaa. Tak, niby jest gdzie nogę postawić, ale co z tego, skoro lód, śnieg, ślizgo i się nie da? Wierzcie mi, chwyt jaki się ma przy tej ilości adrenaliny jest w stanie kości połamać. Wysiłkiem wielkim wspinamy się do wejścia do Smoczej Jamy. A tam siedzi uśmiechnięty Arek, ktoremu gupio. Ej bo ja zapomniałem, że tu są te łańcuchy. Ale ja naprawdę niechcąco. Zawsze was przez przypadek w coś wpierdolę.
No miał rację. Tam jest naprawdę pionowo.  Generalnie, pamiętacie jak pisałam o Raptawickiej, że się bałam? Okazało się, że wtedy się nie bałam. Teraz się bałam. Jak już odsiedzimy chwilę na wejściu do dziury, opadnie z nas strach i uświadomily sobie, gdzieśmy wleźli, czeba pójść dalej. W Smoczej Jamie też łańcuchy, ino tam mniej ślizgo, więc fajnie. Po wyjściu z jaskini należy pomylić drogę i udać się z powrotem do wejścia. Jak już Kris, kóry lezie pierwszy prawie dotrze do celu, należy zarządzić odwrót i pójść szlakiem właściwym. 
Po drodze były pingwiny. Dużo pingwinów. Konkretnie cztery. 
Poza tym śnieg. Dużo śniegu. A jak śnieg, to co? To aniołek/orzełek.
Fajny, nie?
A po wszystkim Bazyl miał dobry pretekst do.
Dalej udajemy się do schroniska na Hali Ornak. Przed samym wejściem ślizgo. Arek zalicza tak pięknego orła nakrywając się nogami, że zwijamy się ze śmiechu przez pięć minut. Nie, że można było się obić w górach. On musi na płaskim. W schronisku jemy żurek. W żurku łyżkę można postawić i smakuje jak ambrozja. Po odtajaniu udajemy się w drogę powrotną, niestety Doliną Kościeliską, więc narodu w cholerę. Nie mogliśmy sobie oczywiście odpuścić możliwości przeczołgania Krisa przez Mylną. W Mylnej natrafiamy na bidną, zagubioną grupkę w kościołowych ubrankach, która chciała do jaskini. I tu poważny apel. LUDZIE. Jak idziecie w góry i wam się jaskini zachce – BIERZCIE ŚWIATŁA. CZOŁÓWKI. Ręce się przydają w jaskini i wierzcie mi, NIE do trzymania latarenki tylko na prztykład łańcuchów, żeby se kulasa nie złamać. A jak idziecie w góry zimą, to światła bierzcie OBOWIĄZKOWO, nawet jak nie planujecie jaskiń. Ciemno się robi bardzo szybko. A głupoty nic nie usprawiedliwia. Koniec kazania. Ponieważ nasza ekipa ma dobre serduszka wzięła za fraki zagubioną grupkę i przeciągnęła przez jaskinię. 
Grzybki były. Z lodu.
Po tych przygodach należy udać się do bazy. W bazie wykąpać, wypić wiaro herbaty i walnąć się na drzemkę. Później wstać, wypić dużo wódki i piwa, pobić się ze sześć razy z Arkiem, w tym raz, zupełnie przypadkowo do łez, jak nam zupełnie przypadkowo nos przestawi plecami. O północy trzeba mieć marzenie, złożyć zyczenia ekipy, pokrzyczeć, wypić szampana, potulić się do Bazyla, poprosić o piękny nowy rok, złożyć życzenia Arkowi, który chrapie, bo odpadł kwadrans przed nowym rokiem i pójść spać. 
Nowy Rok.
W nowym roku budzimy się z kacem. Obiecujemy sobie, że już nigdy więcej, następnie wstajemy, leczymy kaca i wychodzimy w gory. Nic nam nie wychodzi z wyjścia w góru bo po dojechaniu pod Kasprowy okazuje się, że się nie wyrobimy z planem przed ostatnim zjazdem kolejki, więc wracamy do Zakopanego (tfuu), przebijamy się przez skacowane Krupówki (tfu) do Adamo, gdzie jemy dużo i dobrze (mru). Jak już to uczynimy, to wracamy na bazę, gdzie pijemy piwo i oglądamy nudne filmy. Następnie idziemy spać. 
2 stycznia.
Wstajemy rano, pijemy herbatę, kawę, kąpiemy się, jemy śniadanie i udajemy się w góry. Plan zaklada Drogą pod Reglami do Doliny Ku Dziurze, do Dziury, z powrotem, do Doliny Chochołowskiej, następnie obiad i wracamy do dom. Plan nalezy zweryfikować idąc Drogą pod Reglami. Tam już nie było ślizgo. Tam była normalna zwykla tafl jak na lodowisku. Sposób poruszania się jest ciekawy. Wbijamy przed sobą kije a następnie dociągamy do nich resztę nie odrywając stóp od ziemi. Narty bez nart. Po czym Bazyl wywija orła, obija sobie kolano i należy mu oddać kije i poruszać się na wagon używając Arka jako lokomotywy. I wiadomo. Tak.. CZUJNIE. Do wejścia do Dziury podciągamy się po lodzie trzymając się płota. W Dziurze jest fajnie, acz warstwa liści sięgająca kolan średnio pozwala zobaczyć co pod nimi jest, więc niektórzy się boją. 
Arek oczywiście, jak to Arek powstrzymać się nie może i lezie, gdzie nie wolno.
Kris natomiast ćwiczy swoje pierwsze przewężenie.
Następnie Arek udaje się szukać Majki w bocznym ciągu. Po wyleźciu wygląda malowniczo. UWAGA! Majki NIE ZNALAZŁ. Majka, jeśli to czytasz, zgloś się! PILNIE!
Sposób, żeby wyglądać normalniej? Oczywiście wytarzać się w śniegu. Śnieg jest zachęcający, więc mnie się chce skakać. Obunóż. Arek oczywiście nie może się powstrzymać i wykorzystuje okazję. W chwili gdy majestatycznie szybuję w powietrzu postanawia przyłożyć do mnie siłę, co sprawia, że ląduję  pyskiem  w zaspie. Ale serio fajnie było. Chłopaki rechoczą przez pięć minut. Po czym  udajemy się do samochodu, a samochodem do Chochołowskiej. Z łażenia nici, bo kolana bolą, poprzestajemy więc na obiedzie u Zięby. 
To jest miejsce szczególne. Składa się z dwóch i pół stolika. Stołują się tam wszyscy okoliczni woźnice, najprawdziwsi górale. I wierzcie mi, wesoło jest, gdy wchodzisz do knajpki, w której siedzi brygada jakichś siedmiu woźniców, a ty jesteś z trzema chłopami. Propozycji małżeńskich – jedna – od Staszka, komplementów – pincet, w życiu takich nie słyszałam. Trzeba u Zięby zjeść żurek, albo flaki, jak kto lubi, a na drugie kurę pieczoną z surówką i wiadrem frytek. Porcja jak dla woźnicy, przysięgam wam. Głodna byłam, więc pożarłam z luzem. Ej, ale lona nie miastowa, przeca widać, że łona nasza kłościeliska! Z czema chłopami po górach chodzi, lico rumiane a i zjeś umi! I se ich łowineła wkoło palca! A pacz pani jaki Staszek ładny. Udoł sie mamie i tatowi! A jo dla pani syćko!
Laski, jak macie kompleksy, albo niskie poczucie własnej wartości – zasuwać do Zięby! Byłam zziajana, czerwona, zmarznięta, warkoczyki miałam rozkudłane, zero makijażu i w ogole żadnych upiększaczy a poczułam się jak miss uniwersum.
Po tej dawce przyjemności należy zakończyć celebrowanie i udać się do domu. Oby taki był cały rok!

* ludzie – proszę nie czytać, bo i tak nie złapiecie o co idzie.

… czy jakoś tak… Jakoś nie mam pamięci do kolęd. Żeby było bardziej dramatycznie postanowiły sobie siły wyższe cy coś tam zachorować mnie na święta. Zaczęło się od pokasływania we wtorek. Machając nóżkom na kabarecie uznałam, że coś mię rzęzi w płucu lewym. Trochę pokasłałam i olałam. We środę obudziłam się kaszląc. Porządnie kaszląc. Ale kaszel dla mnie to nie nowość, kiedyś kaszlałam przez trzy lata i jakoś nie padłam więc wlałam w siebie syropek i olałam temat. Umówiłam się na czwartek na drinka rozplanowałam cały dzień ambitnie, włącznie z wizytą u pani dochtór celem wyszarpania recepty na. Pojechałam. Jadąc sklęłam świat i tych tam je^%$&(% sk*&^%* co to jeżdżą po drogach. Postanowiłam z kaszelkiem walczyć metodą Arka i udałam sie do apteki celem nabycia drogą kupna vick vaporuba. Co tam seksapil, uwodzenie i takie tam, zdrowie ważniejsze, mogę trzy dni walić na metr kamforą, byle przestać chyrlać. Odstałam swoje w kolejce za Panią, Która Bardzo Często Bywa w Przychodni i Zna Aptekarkę. A promocję jakieś są? A może na kaszel coś dla córki mie pani da? A ten no… No ten.. kurwaaaaaaa … koregatabs mie pani da jeszcze i może na odpornoś coś. Czy miałam mord w oczach? Ależ. Ale dobra, święta blisko, miłosierdzie czy coś, nie zabiłam, wyrzęziłam prośbę o vicka, odsiedziałam swoje w kolejce do lekarza, wyszarpałam receptę na, nie zabiłam starej nietoperzycy, która była ciekawska i nie powodując wypadku dojechałam do arkowego królestwa, bo zapowiedział, że da jeść i herbaty. Łatwo mnie przekonać do wizyty, naprawdę. Siedząc w arkowym królestwie w towarzystwie pana na włościach oraz Sprawcy chyrlalam już mniej malowniczo. Herbata była dobra, nad zupą płakaliśmy bo ostra była, do drugiego dania już się rozbieraliśmy. Pamiętajcie drogie dziatki, chilli robi dobrze. (Tak, wiem jak to wygląda w TYM kontekście). Zażądałam kawy, więc pan na włościach, który musi mieć do mnie słabość, bo inaczej już dawno by mnie zabił (a miał okazję niejedną) udał się w śnieg po mleko, bo księżniczka kawy bez mleka nie lubi. W dodatku okazało się, że skończyła się dobra kawa i mogłam dostać rozpuszczalną, czarną bebeluchę. Do tego brutalnie i bez litości skrytykowałam umiejętności prasowalnicze pana na włościach, który pochwalił się, że sam wyprasował koszulę i zażądał cobym dumna była. Ponieważ okolicznych samców wychowuję twardą ręką reakcja była opisana powyżej. Nie oberwałam w czerep (bo słabość, czy coś, choroba nie była kartą przetargową). W ramach rozrywki zajęłam się prasowaniem wyprasowanej przez pana na włościach koszuli i jeszcze jednej, ktorą mi podstępnie podrzucił a ja udałam, że w malignie nie odnotowałam cudownego rozmnożenia. Ale o czym to ja. O świętach. No więc (nie zaczyna się zdania od więc. Ani od no, bo to nieelegancko) tak upłynęła środa. Byly jeszcze elementy wożenia pana na wlościach wyposażonego w upieczone temi ręcami muffiny do dziurołazów, wesołe chwile ze Sprawcą i nastał czwartek rano. Ten dzień przywitał nas ulewą.. a nie czekajta, to nie mój tekst. Ten dzień przywitał mnie niemożnością oddychania, mówienia i innych okolicznych, do których przydają się płuca, oskrzela, krtań i gardło. Ostatkiem sił odwołałam wszystko co miałam tego dnia niby zrobić i padłam. Sprawca ofiarnie smarował mi kamforą plecki i z bezczelnym uśmiechem przód plecków, podawał herbatkę, leki, kazał pić, jeść, generalnie ideał. W dodatku nie przeszkadzał spać, a nawet kazał. I w ogóle pamiętacie tę scenę z początku Love Actually kiedy Colin wychodzi na ślub a zdradziecka zdzira siedzi w łóżku? To tak miałam ino, że mój nie poszedł na ślub. I zdecydowanie bardziej ohydnie wyglądałam. i tak upłynął czwartek. Niewiele pamiętam, bo głównie spałam. W piątek podobnie. Z tym, że wieczorem odżyłam, wzięłam pod pachę Sprawcę i Krisa i poszlim do centrum handlowego po ostatnie zakupy. Po czym wróciłam do domu, spakowalam się i padłam spać. Udało mi się przespać w sumie pewnie jakieś 3 godziny, upociłam się jak mysz, wstałam i pojechałam do rodzinnego grajdoła. Chyrlając bardzo niemalowniczo. Podejrzewam, że wypłoszyłam sąsiadów. Drogi puste, ogólnie miło, przyjechałam i padłam. Mamusia natomiast przystąpiła do wyganiania z córuni choróbska. Herbatki, syropki, tableteczki, osiem kilo chemii i kocyk. W międzyczasie zrobiłam makiełki, zrobiłam włosy znów na Gretkowską i poczytałam książkę. Następnie się wykąpałam, namalowałam urodę, przyczesałam Manuelę, zasiadłam z rodziną do kolacji, zjadłam, posprzątałam, pocieszylam się prezentami i zdechłam. Zaniemówiłam, świat się ucieszył, że nareszcie spokój będzie, jeść nie mogłam, ja się ucieszyłam, że nareszcie mi dupa wychudnie, bolało mnie dokładnie wszystko i postanowiłam się nad sobą poużalać. Niestety nikt nie chciał mi w tym towarzyszyć. Sprawca nakazał mi co następuje "Do środy masz być zdrowa i nie interesuje mnie jak to zrobisz". Arek stwierdził, że od niemówienia się nie umiera, a o drapaniu w gardziołku mam nie jęczeć. Szanowna Rodzicielka chyrlała do kompletu i też niespecjalnie się użalała, więc przyjęłam końską dawkę leków, posmarowałam się kamforą i poszłam spać. Śniła mi się jaskinia, podobna do Raptawickiej ale jakaś taka.. szersza oraz siłownia.Co to znaczy Droga Gosiu? Rano obudziłam się świeża jak skowronek, zdecydowanie mniej chyrlająca, bez drapania w gardziołku. Prawie cudowne ozdrowienie. Obstawiam, że jutro już mi w ogole przejdzie. Musi alergia na święta i nadmiar jedzenia, nie? A tak szczerze mówiąc to chyba bedę musiała po śwętach odpocząć od świętowania. 
A w przyszłym roku zwieję. 
Oraz jeśli cały przyszły rok ma być taki jak wigilia, to będe dużo jeździć samochodem, chyrlać, rzucać mięsem, pić kawy, pracować oraz będę blondynką. No ciekawe…
Za to sylwester zapowiada się obiecująco. Zastanawiam się czy ruszać ten piętnastoletni baniaczek wina (w sensie – czy to się do czegokolwiek nadaje jeszcze?) i targać go w Tatry czy może poprzestać na zdrowej czystej wódce…Ot dylematy…
Następny odcinek przygór chyrlającej księżniczki już za raz, za dwa.. lalala…

Prawda

Brak komentarzy
No one to lean on, rely on or blame.